Historie prawdziwe

Rysunki małych tybetańskich uchodźców oddające sytuację w Tybecie
Poniżej przedstawiamy dokładniejsze informacje związane z historiami bohaterów komisu. Niektóre imiona, nazyw i dane zostały zmienione aby zagwarantować bezpieczeństwo wymienionych osób lub ich rodzin.


DOLMA, SANGMO, DAWA – prawo mniejszości etnicznych do znajomości swojej kultury, wyznania, praktyk religijnych oraz prawo do opieki zdrowotnej

Dolma, Sangmo i Dawa to dziewczynki, których rodzice poprosili o możliwość nauki córek poza granicami kraju ze względu na bardzo niski poziom edukacji gwarantowanej w Tybecie. Dzięki pomocy Gimnazjum Społecznego „Raszyńska” uczą się w Warszawie i pozostają pod opieką polskiej rodziny.

Wszystkie dziewczynki pochodzą z okolic Goloku, znajdującego się prowincji Syczuan w Chinach, gdzie znajduje się część starego historycznego regionu Kham. Jest to przepiękna wioska położona w dolinie, między górami obrośniętymi drzewami, na wysokości około 3400 m n.p.m. W wiosce tej mieszkają nomadzi, którzy w okresie zimy czas spędzają w wybudowanych przez siebie z kamienia i gliny domach. Od początku wiosny wioska wyludnia się. Pozostają tylko pojedyncze osoby. Wszyscy pakują namioty, garnki, ubrania i udają się z jakami na pastwiska. W wiosce i okolicy mieszka około 2000 osób, z czego około 800 to dzieci. W tym regionie ludzie utrzymują się z hodowli jaków, koni, a także ze zbieractwa. Wczesną wiosną - na przełomie maja i kwietnia całe rodziny, wędrując z jakami, udają się w wyższe partie gór, gdzie zbierają robaki - a właściwie larwy robaków, które później sprzedają jako lekarstwo i na lekarstwo. Szczególnie dobre w zbieraniu są dzieci, które konkurują między sobą, które więcej zbierze. Niektórzy uprawiają dodatkowo jęczmień, który po zmieleniu na mąkę jest podstawowym pożywieniem Tybetańczyków – słynną campą - mąką z dodatkiem masła z mleka samicy jaka oraz herbaty tybetańskiej lub mleka oraz twardego sera. Jesienią natomiast wszyscy udają się w góry, gdzie zbierają grzyby. W promieniu 200-300 km wokół wioski nie ma przychodni, ani szpitala. Żeby dostać się do lekarza trzeba jechać od 4 do 6 godzin motocyklem lub samochodem, a służba zdrowia jest dla Tybetańczyków płatna.

Do wioski nie dojeżdżają żadne autobusy. 4, może 5 rodzin ma samochód, reszta ma motory, które są niezwykle barwne, przystrojone w różne gadżety. Kampowie dosiadają ich w swoich kapeluszach (troszkę na wzór kowbojskich) i tradycyjnych strojach. Często przy pasie mają tradycyjny długi nóż.  Podobnie jak z opieką medyczną jest z edukacją. W okolicy jest jedna szkoła, za którą trzeba płacić i tam mogą chodzić tylko te dzieci, których rodzice mają pieniądze. Tam dzieci uczą się przede wszystkim chińskiego, a drugim przedmiotem jest matematyka. Większość dzieci nie ma jednak powszechnego dostępu do nauki. Dodać jeszcze trzeba, że te dzieci, które chodzą do szkoły, w okresie zbiorów i tak muszą pomagać w domu, tak więc nauka nie odbywa się regularnie. Zbierają chrust na opał w zimie, zbierają jakowe łajno - służące do palenia w domowym palenisku, a także w niektórych regionach do ogrzewania zewnętrznych ścian domu. Innym zajęciem jest pilnowanie młodszego rodzeństwa, przynoszenie w ciężkich baniakach wody na plecach z pobliskiej rzeki, dzieci zajmują się też pasaniem jaków i koni. Nie mają zbyt wiele wolnego czasu - jak mają go to tańczą i śpiewają swoje piosenki ludowe i grają w kamienie. Chłopcy pędzą z patykiem i kołem od roweru... Chłopcy ponadto pomagają przy rąbaniu drewna, doglądają stada. W domach, jak i w namiotach, nie ma bieżącej wody, ani toalet. Rzeki, z których brana jest woda do picia, są mocno zanieczyszczone - pierze się w nich, wchodzą do nich jaki i załatwiają się, w związku z tym powszechne jest zachorowanie na gruźlicę, choroby pasożytnicze i wirusowe zapalenie wątroby.

Jako pierwsze, w październiku 2007 r., przyjechały do Polski Sangmo i Dolma, a rok później w październiku Dawa. Dolma, która ma obecnie 19 lat, chodziła do szkoły z przerwami mniej więcej przez rok, Sangmo – mająca 15 lat - przez miesiąc. Podobnie Dawa. Wszystkie chcą zostać lekarkami, bo zdają sobie sprawę, jak bardzo brakuje opieki medycznej w ich miejscowości, gdzie ludzie umierają z braku pomocy lekarskiej. Dolma, gdy przyjechała do Polski, była chora na gruźlicę, miała kamienie żółciowe, ma chore serce, anemię i miała pasożyty. Teraz jest w pełni zdrowa i tryska energią. Sangmo jest bardzo silna fizycznie i niejeden chłopak w jej wieku jej nie dorówna. W Tybecie musiała bardzo ciężko pracować. Dawa natomiast - 9 latka - doskonale wie, że jej zadaniem jest szybkie zdobycie wykształcenia. Wszystkie błyskawicznie uczą się polskiego. Dopóki nie przyjechały do Polski, niewiele podróżowały – nie znały historii Tybetu, swojego regionu, nie zwiedzały okolicznych miejscowości. Myślały, że na świecie są tylko Tybetańczycy, Chińczycy i Hindusi. W Polsce poznają swoją historię i miały możliwość spotkania Dalajlamy, co było ich największym marzeniem. Dolma miała też możliwość wyjazdu do Indii, gdzie była na prywatnej audiencji u HH. Karmapy. Były to jej najszczęśliwsze dni. Sangmo natomiast razem ze swoją przybraną rodziną była w Egipcie, gdzie nauczyła się nurkować, była także na obozie dziennikarskim. Dawa w tym roku w czasie swoich pierwszych wakacji była na obozie w stadninie, gdzie uczyła się jeździć konno zupełnie inaczej niż robiła to w Tybecie i mieszkała w Pałacu w Nieborowie. Wszystkie dziewczynki były szczęśliwe, gdy dotknęły po raz pierwszy morza. Nigdy wcześniej nie widziały tak ogromnej wody.


DZIAMJANG - prawo do bezpłatnej nauki i swobodnego korzystania z dóbr własnej kultury, prawo do życia, prawo do opuszczenia własnego kraju

Dziamjang ma 17 lat i znajdował się w grupie uchodźców z Tybetu, ostrzelanych przez chińskie wojsko na przełęczy Nangpa La w październiku 2006 r.

Przed podjęciem decyzji o ucieczce, Dziamjang uczył się w chińskiej szkole, lecz gdy czegoś nie rozumiał - był obrażany, a nawet bity. Postanowił uciec z Tybetu, by móc uczyć się w Indiach i spotkać Dalajlamę. Gdy miał 14 lat, udało mu się uzbierać odpowiednią kwotę na opłacenie przewodnika, który miał poprowadzić go do Nepalu. Podróż zaczęła się od jazdy ciężarówką na pace. We wnętrzu ciężarówki było około 70 osób. Po trzech dniach ciężarówka zatrzymała się i nadszedł czas na wędrówkę. Po dziesięciu dniach podróżowania pieszo przez góry, pogoda znacznie się pogorszyła – rozpętała się burza śnieżna. Kolejnego dnia uchodźcy byli już bardzo blisko granicy z Nepalem, w okolicach przełęczy Nangpa La, jednakże właśnie wtedy zostali ostrzelani przez chińskie wojsko. Jedna z mniszek, idąca na końcu kolumny, została postrzelona i upadła. Całe zajście zostało sfilmowane przez himalaistę z położonego nieopodal obozu himalaistów. Dziamjang wraz z grupą dzieci (ok. 35 osób) został złapany i trafił na posterunek policji, był przesłuchiwany i bity m.in. elektrycznymi pałkami. Policjanci pytali go, kim była mniszka, którą zostawili na przełęczy, chcieli, by podał imiona wszystkich jej przyjaciół. Pytali też, czy wie, kim jest Dalajlama, dlaczego uciekał z Tybetu, kto był przewodnikiem i pomagał w przekroczeniu granicy. Po trzech dniach Dziamjang został przeniesiony do aresztu w Szigatse, gdzie nadal był torturowany. Został przywiązany łańcuchami do ściany i był bity w brzuch przez strażnika w stalowych rękawicach. Informacja o strzelaninie dotarła do mediów na całym świecie. Zachodnie rządy i ONZ skrytykowały Chiny za otwarcie ognia do uchodźców i pytały o miejsce ich pobytu. Oświadczenia chińskich władz informowały tylko, że dzieci traktowano dobrze, i że zostały natychmiast zwolnione, otwarcie ognia do bezbronnych uchodźców nazwano natomiast „rutynową procedurą graniczną". Chiński dygnitarz oświadczył również, że należące do grupy dzieci wysłano na szkolenie do „separatysty" Dalajlamy - miały potem zostać odesłane do Chin, by wykonywać tam jego „instrukcje". Po dwóch kolejnych dniach Dziamjang został oddany rodzicom i dotarł do Indii. Teraz uczy się w liceum w Dharamsali.


WANGMO TASHI - prawo do statusu uchodźcy i związanej z tym opieki państwa, prawo do odpowiedniego standardu życia, nauki i opieki zdrowotnej

Wangmo Tashi jest dziewczynką, która pozostaje pod opieką sierocińca w Dolanji (w Indiach), wspieranego przez polską Fundację Nyatri, która prowadzi program adopcji serca.

Wangmo ma 13 lat. Urodziła się w Mustangu w Nepalu, bo jej rodzice byli uchodźcami z Tybetu, ale obecnie mieszka w Indiach. Kiedy miała 2 lata, na wysoką gorączkę zmarł nagle w nocy jej tata. Niemożliwe było mu pomóc, gdyż w rejonie, w którym mieszkała rodzina, sprowadzenie lekarza zajmuje 3 dni. 2 lata później, po urodzeniu drugiego dziecka, zmarła mama Wangmo i jej nieformalnym opiekunem stał się wujek. Wangmo ma co prawda trójkę starszego rodzeństwa, jednakże nie ma z nimi kontaktu. Wangmo chciała chodzić do szkoły i uczyć się tradycji i kultury tybetańskiej bon, którą kultywowali jej rodzice i właściwie cała wioska, ale w regionie nie było szkoły tej tradycji, dlatego wujek postanowił wysłać dziewczynkę do szkoły w Indiach. Podróże takie odbywają się najczęściej zimą (między grudniem, a lutym), gdyż wtedy różnice w klimacie nepalskim i indyjskim są najmniejsze. Wraz z grupą innych dzieci podróżowali najpierw pieszo, później autobusem aż do Dolanji. Do sierocińca – nowego domu – dotarli w styczniu 2002 r.

Dzieci urodzone w Nepalu są już obywatelami tego kraju, więc nie mają statusu uchodźcy, dlatego też nie przysługuje im prawo do dopłat do szkół nepalskich (dzieci mogą co prawda uczęszczać do szkół nepalskich, ale rodzice lub opiekunowie muszą pokrywać koszta ich nauki, a najczęściej pochodzą z bardzo biednych wiosek i ich na to nie stać), nie mogą też chodzić do szkół dla uchodźców. Rząd tybetański na uchodźstwie zgodził się, żeby dzieci uchodźców mieszkające w Nepalu mogły uczęszczać do szkół w Indiach. Przy podróży z Nepalu dzieci powinny mieć dokumenty podróżne, jednak najczęściej rodziców (lub opiekunów) nie stać na ich wyrobienie, w związku z czym dzieci podczas podróży mają tylko rejestracje i świadectwa szkolne, czego konsekwencją jest, że przebywają w Indiach półlegalnie.

Początkowo Wangmo nie mogła w ogóle przystosować się do nowych warunków, mało się odzywała, nie chciała bawić z innymi dziećmi, często płakała, ale lubiła się uczyć, dlatego zawsze była najlepsza w klasie. W lutym 2004 r., kiedy Wangmo miała 8 lat i była w 2 klasie, przyjechali do niej jej przyszli rodzice serca, dzięki którym mogła dalej się uczyć. Dla wielu dzieci indyjska szkoła to już jest wiele, gdyż pozwala zdobyć średnie wykształcenie, Wangmo jednak bardzo chce wyjechać z Indii i pójść do anglojęzycznego gimnazjum w Polsce. Początkowo jej wuj nie chciał się na to zgodzić, ale napisała do niego list, prosząc, żeby przyjechał do Dolanji. Po rozmowie z dyrektorem szkoły i wychowawcami wujek zgodził się na wyjazd dziewczynki, która bardzo pilnie uczy się angielskiego, nie tylko w szkole – stara się także uczyć sama i wyprzedziła znacznie kolegów z klasy.


YESHI - prawo mniejszości etnicznych do znajomości swojej kultury, wyznania, praktyk religijnych oraz prawo do opieki zdrowotnej

Yeshi mieszka i pracuje jako lekarz w Polsce, tu skończył studia i założył rodzinę. Obywatelstwo polskie dostał rok temu, ale pochodzi z Tybetu, w którym mieszkał wraz z liczną rodziną do 8 roku życia. Warunki życia były bardzo skromne, rodzina Yeshiego była biedna, a w rejonie nie było szkoły, do której mógłby uczęszczać, bo wszyscy utrzymywali się z roli i najczęściej nie umieli nawet czytać. Rodzice Yeshi’ego wiedzieli o istnieniu Wioski Dziecięcej w Indiach, gdzie można umieścić dzieci bez wnoszenia opłaty, by mogły się uczyć i zdecydowali się go tam wysłać. Rodzice Yeshi’ego zorganizowali ucieczkę – zapłacili przewodnikowi, który miał ich poprowadzić przez góry i grupka 5 dzieci z opiekunami wyruszyła około 2-3 nad ranem. Do pierwszej wioski jechali konno, Yeshi jechał z mamą na jednym koniu. Potem musieli 2 dni czekać na transport przy głównej drodze, w końcu do główniejszej drogi zabrał ich wóz ciągnięty przez konie. Znów musieli czekać, więc obok drogi rozbili namiot. Była wtedy zima (styczeń/luty). Po około tygodniu zabrał ich kierowca ciężarówki. Wtedy po raz pierwszy Yeshi zetknął się z elektrycznością. Podczas podróży bardzo bali się, że złapią ich chińscy żołnierze, których widywali po drodze. Na szczęście udało im się przejść na stronę nepalską – wiedzieli, że są już bezpieczni. W Nepalu zgłosili się do centrum dla uchodźców, Yeshi dostał zaświadczenie, że przybył z Tybetu i mógł jechać do Dharamsali w Indiach. Po dotarciu do Wioski został przyjęty do przychodni i zaszczepiony. Skończył szkołę średnią, zdał maturę i 2 lata chodził na studia w Indiach. Jego edukację ktoś sponsorował, ale Yeshi wie tylko tyle, że był on z Francji. Gdy był na studiach, z biuletynu dowiedział się o stypendiach rządowych w Polsce. Zdecydował, że będzie ubiegał się o takie stypendium i dostał je. O Polsce wiedział niewiele, po przyjeździe był bardzo zdziwiony, że nie wszyscy mówią tu po angielsku. 7 lat studiował medycynę, na studiach poznał żonę. Dopiero w Polsce dowiedział się, że będzie studiował medycynę, a nie fizykę. Yeshi jest Polakiem od roku, i to zagwarantowało mu poczucie przynależności do jakiejś ziemi, zlikwidowało poczucie bezdomności.

Yeshi chciałby udać się na pielgrzymkę do świętych miejsc, denerwuje go czerwona flaga przed Potalą.


GENDUN CZOKJI NIMA - PANCZENLAMA - prawo do życia i rozwoju, prawo do kształtowania i wyrażania własnych poglądów czy przekazywania informacji bez względu na granice, prawo do wolności wypowiedzi, myśli, sumienia i wyznania

XI Panczenlama, Gendun Chokji Nima, został oficjalnie rozpoznany jako reinkarnacja X Panczenlamy przez Jego Świątobliwość Dalajlamę 15 maja 1995 roku. 17 maja 1995 chiński rząd porwał i uwięził XI Panczenlamę oraz jego rodzinę. Podejrzenia, że chłopiec został porwany zostały potwierdzone w 1996 r. podczas odpowiedzi na pytanie Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Dzieci, kiedy chiński rząd przyznał, że przetrzymuje chłopca i jego rodzinę „w bezpiecznym miejscu”. Obecnie mija 14 lat odkąd nikt go nie widział…

Pomimo wielokrotnych apeli ONZ i delegacji rządowych, nikomu nie udało się uzyskać dostępu do chłopca, miejsce pobytu Genduna Czokji Nimy i jego rodziny pozostają nieznane. Władze chińskie robią wszystko, aby ograniczyć wpływy religii w Tybecie, gdzie Dalajlama wciąż cieszy się ogromnym oddaniem i szacunkiem, i stanowi dla Tybetańczyków nadzieję na odzyskanie wolności i zakończenie prześladowań.

W celu zagwarantowania sobie całkowitej kontroli nad wszystkimi „kwestiami wewnętrznymi”, w listopadzie 1995 r. ateistyczny rząd Chińskiej Republiki Ludowej mianował innego chłopca jako XI Panczenlamę. Chiny pozbawiły praw dwóch chłopców wykorzystując ich do walki politycznej.

Dalajlamowie i panczenlamowie są najwyższymi przywódcami w szkole Gelugpa – jednej z pięciu szkół buddyzmu tybetańskiego. Według tybetańskiej tradycji Panczenlama jest odpowiedzialny za wskazanie kolejnego Dalajlamy. Dalajlama jest niekwestionowanym duchowym i politycznym przywódcą Tybetańczyków. Porwanie Panczenlamy postawiło pod znakiem zapytania przyszłość instytucji dalajlamy.


NGAŁANG SANGDROL - prawo do wolności od przemocy fizycznej i psychicznej oraz okrucieństwa, prawo do stowarzyszania się i gromadzenia w celach pokojowych i swobodnego wyrażania poglądów.

Ngałang Sangdrol od ósmego roku życia była mniszką. Gdy miała 11 lat, wraz z innymi mniszkami zaczęła protestować przeciwko chińskim rządom.

Po raz pierwszy zatrzymano ją w 1990 roku za udział w małej demonstracji, do której doszło w trakcie uroczystości przed pałacem Norbulingka w Lhasie. Była wówczas dwunastoletnią mniszką. Modliła się o długie życie Jego Świątobliwości Dalajlamy i domagała się wolności w Tybecie. Za korzystanie z wolności słowa przez dziewięć miesięcy więziono ją, nie stawiając żadnych zarzutów. Po zwolnieniu nie pozwolono jej wrócić do klasztoru.

Przez 11 lat była torturowana i systematycznie maltretowana w więzieniu i podczas przesłuchań. W 1992 roku aresztowano ją ponownie za udział w niepodległościowej demonstracji w Lhasie. Skazano ją na trzy lata Drapczi za „podżeganie do działalności wywrotowej i separatystycznej”.

W 1993 roku jej karę podwyższono o sześć lat za nagranie pieśni o Jego Świątobliwości Dalajlamie i wolności Tybetu. Nagrało je 14 mniszek. Taśmę przemycono z Drapczi, by dodawała otuchy Tybetańczykom. W końcu dotarła nawet za granicę. W 1995 roku Grupa Robocza ONZ ds. Arbitralnych Uwięzień orzekła, że Ngałang jest więziona bezprawnie, ponieważ ukarano ją za korzystanie z prawa do swobodnego wyrażania opinii. Grupa Robocza zwróciła się do Chin o naprawienie tej sytuacji i stosowanie się do zasad Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a rząd zamiast tego podwyższył jej wyrok.
W 1996 roku jej karę podniesiono o osiem lat, oskarżając ją o demonstrowanie w więzieniu. W tym samym roku, gdy Phuncog Pemę i ją wtrącono do małej celi, dowiedziały się, że więźniów z oddziału piątego torturowano tylko dlatego, że zwrócili się do wyższych urzędników w sprawie śmierci współwięźnia, który zmarł na skutek tortur. 24 kwietnia 1996 wezwano do oddziałowej „starsze” mniszki, między innymi Ngałang Sangdrol i Phuncog Pemę, i oskarżono je o to, że nie zadbały o poprawne ścielenie prycz. Zaczęło się bicie – zwłaszcza Ngałang Sangdrol. Inne mniszki usłyszały krzyki, przerwały pracę i przybiegły do dyżurki, protestując przeciwko biciu i mówiąc, że maltretowane nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za wygląd cel. Ich prośby zirytowały oddziałową, która wezwała innych funkcjonariuszy i kazała im bić dwie mniszki. Lała się krew, a zebrane kobiety „zaczęły strasznie krzyczeć, protestując przeciwko torturom”.

Wściekła oddziałowa wezwała LPZ i oddział straży [guanzhaoke]. Uzbrojeni żołnierze w hełmach wyprowadzili Ngałang Sangdrol, Phuncog Pemę i Norzin Łangmo i zamknęli je w karcerach. Według relacji, dwie pierwsze miały pozostać w izolatkach sześć i pół miesiąca. W lipcu Ngałang Sangdrol zawieziono do Pośredniego Sądu Ludowego w Lhasie, gdzie jej wyrok podniesiono po raz drugi – o osiem lat. Łącznie opiewał teraz na siedemnaście lat.

W 1998 roku po oskarżeniu o udział w proteście jej wyrok podwyższono po raz trzeci, tym razem o sześć lat. Jej łączna kara wzrosła do 21 lat.

Od pierwszego zatrzymania chińscy urzędnicy używali różnych narzędzi tortur, żeby złamać jej ducha. Poddawano ją fizycznym i psychicznym torturom, by wyrzekła się Jego Świątobliwości Dalajlamy i aspiracji jej narodu. Innych więźniów politycznych i ją rażono prądem z rozmaitych pałek elektrycznych w najwrażliwsze części ciała, takie jak usta, pachy i dłonie. Okładano ją rurami, trzcinami i pałkami różnej wielkości oraz grubymi, skórzanymi pasami z ciężkimi klamrami. Była bita i kopana przez strażników, którzy ćwiczyli sztuki walki. Inne mniszki i ją wieszano na długi czas za wykręcone na plecach ręce; kazano im stać bez ruchu w palących promieniach słońca lub na mrozie i bito, gdy upadały z gorąca lub wyczerpania. Kazano im ścigać się dla rozrywki strażników; rzucano w nie kamieniami i bito, kiedy biegły zbyt wolno lub pomyliły słowa chińskich piosenek, do których śpiewania je zmuszano. Tygodniami była więziona w karcerze, ponieważ nie godziła się z kłamstwami i karami oprawców. Tortury i maltretowanie zaczęły się, gdy była trzynastoletnim dzieckiem, i trwały przez większą część jej pobytu w więzieniu.

W październiku 2002 roku zwolniono ją warunkowo za dobre sprawowanie – na dziewięć lat przed zakończeniem wyroku i na kilka dni przed spotkaniem prezydenta Chin z prezydentem Bushem na jego ranczu w Teksasie. Pięć miesięcy później wsadzono ją do samolotu i wysłano na leczenie do Stanów Zjednoczonych. Niemal dokładnie rok po wylądowaniu w USA dowiedziała się, że przyznano jej azyl polityczny. Ngałang nie ma wątpliwości, że została zwolniona i odzyskała wolność dzięki zainteresowaniu społeczności międzynarodowej.

Ngawang Sangdrol kontynuuje kampanię na rzecz wolności Tybetu. Obecnie mieszka w Nowym Jorku.
 
ratujTybet.org on Facebook
Lodroe Gyatso
Tancerz, mistrz w podnoszeniu ciężarów z okręgu Sog, w prefekturze Nagczu, zwycięzca lokalnych wyścigów jeździeckich. Odsiaduje wyrok 21 lat więzienia.
Dolma Kyab
Pisarz, nauczyciel, historyk, komentator polityczny. Aresztowany w 2005 r. oskarżony o „stwarzanie zagrożenia dla bezpieczeństwa państwowego”.
Lodoe
Aresztowany wraz z 13 innymi mnichami z klasztoru Sera. Skazany na 10 lat więzienia za udział w protestach, które miały miejsce w Lhasie w 10 marca 2008 r.

Wspierają nas:
Fundacja Inna PrzestrzeńInternational Tobet Support NetworkFundacja Stefana BatoregoCoffeShop3fala.art.plCentrum Edukacji ObywatelskiejT-shirt.pljb-art.eu