Doniesienia turystów: skonfiskowane aparaty fotograficzne, świadkowie bicia mnichów przez policję
International Campaign for Tibet, 20 marca 2008
Pojazdy elitarnej Armii Ludowo – Wyzwoleńczej pojawiły się na ulicach Lhasy tego samego dnia, kiedy wybuchły zamieszki. Znak ALW (czerwona gwiazda) na tyłach pojazdów oraz na stalowych hełmach, zostały zasłonięte.
Tybetańskie protesty, które rozpoczęły się 10 marca od marszu mnichów z Drepungu z klasztoru, są nadal kontynuowane. Wczoraj powieszono tybetańska flagę narodową na maszcie telefonii komórkowej w Lha sgangu (chiń. Tagong) w Khamie (Tybetański Okręg Autonomiczny w Ganzi, tyb. Dkar mdzes, w chińskiej prowincji Syczuan).
Do 18 marca tybetańskie protesty pojawiły się w ponad dwudziestu okręgach. Większość z nich odbywała się w Tybetańskich Okręgach Autonomicznych, w Syczuanie, Qinghaj i Gansu. Uczestniczyli w nich mnisi, ludzie świeccy, a nawet uczniowie szkół i ludzie starsi.
Chińskie władze zablokowały dostęp zachodnim reporterom do rejonów tybetańskich. Pomimo ciężkich restrykcji i świadomości represji, Tybetańczykom udało się przekazać informacje zachodniemu światu. Chiny zamknęły dostęp do YouTube.com w niedzielę (16 marca), po tym jak pojawiły się tam relacje z wcześniejszych zamieszek.
The International Campaign for Tibet zaapelowała do światowych przywódców, aby wywarli presję na Chinach, by te wpuściły dziennikarzy i niezależnych obserwatorów do rejonów tybetańskich. „Aby prawidłowo ocenić obecny kryzys, Chiny muszą potwierdzić dokładną liczbę ofiar, zaaresztowanych i podać dokładny raport z wydarzeń. Udział dziennikarzy i niezależnych obserwatorów w tym procesie jest sprawą zasadniczą” – powiedział John Ackerly, President of the International Campaign for Tibet.
Mnisi palą kadzidła i nawołują do powrotu Dalajlamy do Rebgongu.
Według dwóch raportów, w poniedziałek 17 marca, mnisi z klasztoru Rongwu (z Tongren County, Huangnan Tibetan Autonomous Prefecture, Qinghai Province) wykonywali ofiarę z kadzidła recytując modlitwy dla Dalajlamy. Kiedy spalili kadzidło, wezwali władze, aby pozwoliły na powrót Dalajlamy do Tybetu i „aby władze oddały Tybetańczykom Panchenlamę i jego rodziców”. Gendun Choekyi Nyima, rozpoznany przez Dalajlamę jako 11-ty Panchenlama, został zatrzymany i przebywa w nieznanym miejscu od 1995 roku.
Nieznane źródło podało, że było tam około 200 mnichów oraz ludzie świeccy. Prawdopodobnie zostali zatrzymani przez uzbrojoną policję, aby powstrzymać ich od dalszych protestów.
To samo źródło podało: „[od wcześniejszych protestów, trzy tygodnie temu] mnisi z Rongwu znajdują się pod ciężkim nadzorem. Nadzorowani są przez funkcjonariuszy przebywających w ich pokojach i towarzyszących im nawet w toalecie”.
Po tym fakcie do rodzin tybetańskich zostały wysłane zespoły ludzi, które zmuszały ich do podpisywania oświadczeń, że nie będą brać udziału w proteście. Została również wysłana do Rebgongu większa liczba uzbrojonej policji.
Podobnie, Uniwersytet Pekiński nakazał studentom z tzw. mniejszości podpisywać oświadczenia, że nie będą brali udziału w żadnych protestach. Pewne wiarygodne źródło donosi: ”Skierowane były one do Tybetańskich studentów, którzy musieli wypełnić następujące punkty: 1. Miejsce Dalajlamy w twoim sercu; 2. Dokładny adres rodziców lub miejsca pracy; 3. Numer legitymacji studenckiej; 4. Student musi się zobowiązać się do nie uczestniczenia w żadnych demonstracjach i posiedzeniach”.
Klasztory w Lhasie zabezpieczone; specjalne oddziały Chińskiej Armii Wyzwoleńczej weszły do Lhasy.
Agencja Informacyjna Xinhua podała dzisiaj, że 160 ludzi zgłosiło się na policję, ale tej informacji nie potwierdziły niezależne źródła. Różni świadkowie mówią o zatrzymaniach Tybetańczyków na ulicach i w domach; inne, że zatrzymano tylu Tybetańczyków, że zostali oni skuci w kajdanki i zostawieni na ziemi, do momentu, w którym policja przyjechała, aby ich zabrać.
Mnisi z trzech głównych klasztorów Drepung, Sera i Ganden, którzy 10 marca zapoczątkowali pokojowe protesty, zostali zamknięci, a klasztory otoczone przez policję.
Według dwóch źródeł odcięto im wodę, trudno też dostarczyć im jedzenie.
Jako część procesu zastraszenia i zaostrzenia konfliktu, podobnie jak w czasach wydarzeń na placu Tiananmen w czerwcu 1989, wydrukowano listy gończe, a lokalna telewizja w Lhasie prawdopodobnie opublikowała listę 12 „poszukiwanych” Tybetańczyków, w tym dwóch mnichów. Według różnych źródeł liczba zatrzymanych Tybetańczyków może sięgać nawet tysiąca. Źródła podają, że widziano jak bito Tybetańczyków podczas zatrzymań. Dalsze doniesienia mówią, że zwykli Chińczycy w mieście zastraszali i atakowali Tybetańczyków.
Analizując wydarzenia, the Congressional-Executive Commission on China in Washington, DC, wyodrębnił dwa główne warianty obecnej sytuacji:
„Albo, (1) Tybetańczycy podtrzymują wysiłki, aby utrzymać protesty na dużą skalę w różnych miejscach poza kontrolą chińską. Tybetańczycy odnowią protesty, gdy ucichną represje; (2) Władze zaczną używać bardziej agresywnych środków bezpieczeństwa, aby uciszyć protestujących, lub też władze podczas nadchodzących dni, tygodni, miesięcy po cichu zaczną aresztować i więzić głównych uczestników protestów. Jeżeli to się stanie, sytuacja się pogorszy i rozszerzy na nieprzewidzianie dużą skalę.” (www.cecc.gov)
CECC stwierdziła, że powtórka stanu wojennego nie jest prawdopodobna, ponieważ władze „wolą stłumić ten problem bez angażowania wewnętrznej lub międzynarodowej sceny z powodu nadchodzącej olimpiady.
Ogłoszenie stanu wojennego w Lhasie byłoby za dużym kosztem dla chińskich oficjeli, jeśli efektem tego byłoby nasilenie się nawoływania do bojkotu olimpiady”.
Opublikowana analiza obrony wskazuje na to, że piechota rozmieszczona w Lhasie podczas ostatnich kilku dni to elitarne jednostki Chińskiej Ludowej Armii Wyzwoleńczej oraz oddziały Chińskiej Ludowej Milicji.
Specjalista z Kanwa Defence Review, magazynu on-line dotyczącego bezpieczeństwa Azji Wschodniej, obrony, dyplomacji, rozwoju technologii broni, pisze: „ [Zdjęcia] pokazują, że na ulicach Lhasy pojawiły się nowe T90 APC, T92, najnowsze uzbrojone pojazdy, w które zostały wyposażone jednostki specjalne piechoty. Nigdy przedtem nie były one używane przez chińską milicję”. (www.kanwa.com).
Analityk konkluduje: „Aby zataić, że do stłumienia protestów użyto regularnych armii, tradycyjną czerwoną gwiazdę, znajdującą się na pojazdach, przykryto białą tkaniną, wymazano również gwiazdy znajdujące się na hełmach żołnierzy”.
Na uwagę zasługuje również fakt, że specjalne oddziały z Militarnego Regionu Chengdu zareagowały w Lhasie bardzo szybko. Wojsko, które działało w Lhasie było uzbrojone w ciężki sprzęt artyleryjski. Dowodzi to, że nowa kolej prowadząca z Chin do Tybetu umożliwia transport wojsk w sposób błyskawiczny.
Tłumaczenie:
N R
Turystka ze Wschodniej Europy skontaktowała się dzisiaj z ICT, aby powiedzieć, że była w klasztorze Labrang, w którym 16-stego marca miały miejsce masowe protesty mnichów i ludzi świeckich, i widziała policję ”bijącą mnichów i stare kobiety tuż przede mną – do tej pory płaczę, gdy tylko o tym pomyślę”. Po opuszczeniu rejonu, w którym znajduje się klasztor Labrang, turystka udała się w kierunku miasta powiatowego Machu w Qinghai, gdzie była świadkiem i miała możliwość sfotografowania kolejnych protestów 18-stego marca, kiedy to zostały zaatakowane i podpalone budynki rządowe i policyjne. Została tam zatrzymana przez policję, która skonfiskowała jej aparat fotograficzny i zniszczyła wszystkie zdjęcia. Niemniej jednak, zdjęcia z Machu pojawiły się od tego czasu z innego źródła i są szeroko rozpowszechniane w Internecie.
Turystka ta powiedziała ICT, że została wywieziona z Machu policyjnym dżipem „na drugą stronę prowincji” i była przetrzymywana w policyjnym komisariacie przez cztery godziny, oraz że policja zrobiła kopię jej paszportu. Skontaktowała się z ICT z Xining – stolicy prowincji Qinghai (Amdo), gdzie miała wrażenia, że jest jedyną osobą z zagranicy. Twierdzi, że była przez cały czas ściśle śledzona.
Pomimo tych przykrych doświadczeń, chciała pozostać w Tybecie, ale pozwolono jej na kupno biletów tylko w kierunku wschodnim – z dala od Tybetu. „Jestem teraz w Xining i jadę w kierunku do Xi’an”, powiedziała. „Nie daję już sobie z tym dalej rady, w końcu zmusili mnie do wyjazdu”.
Kanadyjski pracownik pocztowy po pięćdziesiątce, zdał ICT następującą relację dzień po dniu ze swojej osiemnastodniowej wycieczki do Tybetu, w trakcie której przebywał w rejonie Bankhor. Świadectwa naocznych świadków otrzymane przez ICT w ciągu ostatnich kilku dni zadają kłam oświadczeniu gubernatora Tybetańskiego Okręgu Autonomicznego, że nie było „strzałów z broni palnej” w Lhasie.
Piątek 14 marca
„Pierwszego dnia policja się wycofała i Tybetańczycy mogli robić, co chcieli. Pierwszego dnia nie było rabunków, oni oderwali metalowe okiennice ze wszystkich chińskich sklepów i wyrzucili wszystkie towary na środek ulicy, a następnie je podpalili. Zauważyłem figury z brązu i turkusowe korale i kamienie na środku ulicy. Nikt nie zabierał tych rzeczy, oni je tylko niszczyli. Około 11-stej rano zobaczyłem przewrócony do góry nogami wózek z jabłkami, Tybetańczyka rzucającego pustymi puszkami po wodzie mineralnej i chińskiego handlarza rozglądającego się za jakaś pomocą. Nikogo nie było w pobliżu, wiec uciekł.
Zobaczyłem martwe ciało, Tybetańczyka. Stałem na początku alei prowadzącej do naszego hotelu, bardzo blisko Barkor Square i zobaczyłem grupę trzech lub czterech Tybetańczyków niosących martwe ciało, podeszli bardzo blisko i zobaczyłem jego twarz. Zobaczyłem, że nie żyje, jego twarz była biała, martwa. Zabrali go do świątyni, która znajdowała się w pobliżu. Tybetańczycy zapytali mnie, czy mam aparat fotograficzny i czy mógłbym zrobić zdjęcia, ale zostawiłem aparat w pokoju hotelowym. Poszedłem do hotelu po aparat, ale kiedy wróciłem, już ich nie było. Poszliśmy spać, policji nigdzie nie było widać.
Sobota 15 marca
Obudziliśmy się rano i zobaczyliśmy czołgi, kierujące swoje lufy w miejsce niedaleko naszego hotelu. Odbywało się plądrowanie sklepów, byliśmy zamknięci w hotelu bez jedzenia, więc pogrzebaliśmy trochę w tych rzeczach w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia.
Niedziela 16 marca
Musiałem iść do miasta, żeby załatwić parę spraw. Byłem sam. Musiałem pójść do Bank of China obok Pałacu Potala. Był otwarty. Air China było zamknięte. Wiele biur i sklepów było otwartych, dzień przedtem wszystko było zamknięte. Grupy żołnierzy ze szczotkami zamiatały chodniki. Zauważyłem żołnierzy z gwiazdkami na mundurach kontrolujących stojące na ulicy stoliki, przy których Chińczycy ze stetoskopami przeprowadzali badania lekarskie. Nikt mnie nie zatrzymał. Przekroczyłem jedno skrzyżowanie, na którym stało sześciu żołnierzy i jeden próbował mnie zatrzymać, ale szedłem dalej, i nie nalegał. Ostatnią noc przed odlotem do Kathmandu spędziłem w hotelu na lotnisku.”
Relacja naocznego świadka z pokojowej demonstracji w klasztorze Sera.
„Około 200-300 mnichów siedziało w rzędach na ziemi, tworząc schludny prostokąt. Otaczali ich żołnierze, w dwóch rzędach po każdej z czterech stron.”
Turysta, który mieszkał w hotelu Yak od 8 marca do swojego wyjazdu do Kathmandu 15 marca, powiedział ICT, że był przez 3 godziny przesłuchiwany przez policję, po tym jak był świadkiem demonstracji w klasztorze Sera 11 marca.
„W poniedziałek 10 marca poszliśmy do świątyni Jokhang, wszystko było normalnie. We wtorek pojechaliśmy z naszym przewodnikiem turystycznym dżipem do klasztoru Drepung. Zauważyliśmy 50 lub więcej ciężarówek wojskowych stojących na drodze niedaleko klasztoru. Były to ciężarówki służące do przewożenia żołnierzy, takie z płóciennymi dachami. Obok nich, na poboczu drogi stali żołnierze jedzący ryż, wyglądali tak, jakby przebywali tam już od jakiegoś czasu. Nasz przewodnik powiedział nam, że są pewne problemy. W oddali mogłem zobaczyć żołnierzy z tarczami, jakich się używa podczas rozruchów. Zawróciliśmy z drogi i pojechaliśmy do Norbulinki (dawnej letniej rezydencji Dalajlamy). Było tam trochę turystów i wszystko wyglądało normalnie.
Przybyliśmy do Yak Hotel około 11.30 rano i poszedłem do hotelowej kawiarenki internetowej, żeby sprawdzić swoją pocztę. O 2.30 przyjechał po nas dżip i pojechaliśmy do klasztoru Sera. W Sera przewodnik zapłacił za nasze bilety i wszystko wyglądało normalnie. Był tam autobus z turystami, jak sadzę z Korei. Był także jeszcze jeden turysta indywidualny. Zwiedziliśmy pierwszą świątynię, która znajduje się po lewej stronie głównej, wiodącej do kompleksu klasztornego, drogi wjazdowej. Jest to obok ogrodu, w którym odbywają się debaty. W ogrodzie przebywało pięciu mnichów. Weszliśmy do świątyni i po pięciu minutach przyszło kilku mnichów. Powiedzieli, że musimy opuścić świątynię. Weszliśmy do ogrodu, w którym odbywają się debaty i nasz przewodnik powiedział, że dzisiaj nie ma debaty, ponieważ mnisi wyszli na zewnątrz. Przeszliśmy na drugą stronę drogi, aby odwiedzić inną świątynię, ale ona również była zamknięta. Nasz przewodnik zabrał nas do kuchni, gdzie prawie przez godzinę siedzieliśmy pijąc herbatę z masłem.
Wyszliśmy na zewnątrz około czwartej po południu, zrobiliśmy trochę zdjęć. Koło drogi siedziało trzech mnichów. Wyglądało na to, że autobus z Koreańczykami odjechał. Poszliśmy w dół drogi w kierunku naszego dżipa. Był on zaparkowany na drodze wewnątrz kompleksu klasztornego, tuż za miejscem, w którym płaci się za bilety. Gdy podeszliśmy do naszego samochodu zobaczyliśmy mnichów w bramie wejściowej, 30-40 mnichów, którzy napierali na 4 rzędy policjantów rozciągniętych w poprzek drogi wejściowej, siedmiu lub ośmiu policjantów w ze złączonymi ramionami w każdym rzędzie. Mieli niebieskie mundury. Stworzyli barierę, aby nie pozwolić mnichom na wyjście. Nie mogliśmy wyjechać. Nasz przewodnik zakazał nam robienia zdjęć. Po mniej więcej 20 minutach nasz przewodnik poszedł do policjanta zapytać, czy nie moglibyśmy wyjechać. Wyglądało na to, że był tam jeden Tybetańczyk pertraktujący z mnichami, mówił do nich. Grupa świeckich stała dookoła patrząc na mnichów napierających na policyjny kordon. Była tam policja w cywilnych ubraniach, filmująca i fotografująca wszystkich i wszystko, włącznie z nami. Siedzieliśmy w naszym samochodzie i czekaliśmy przez mniej więcej godzinę.
Podeszło do nas dwóch policjantów w cywilu – jeden z nich w jasno niebieskim ubraniu. Obydwaj mówili po angielsku. Powiedzieli, że możemy wyjść, ale musimy przedtem pokazać im nasze zdjęcia. Więc zostawiliśmy nasz samochód i kierowcę. Policja zrobiła dla nas przejście pomiędzy mnichami i przez policyjny kordon. Po drugiej stronie usiedliśmy na krześle, a policjanci po cywilnemu przejrzeli wszystkie moje 400 zdjęć, nie skasowali żadnego. Następnie zobaczyliśmy około 60 żołnierzy biegnących z tarczami i kijami. Stanęli 10 stóp za napierającymi na mnichów czterema rzędami policyjnego kordonu.
Zaczęliśmy iść, mijając żołnierzy, na zewnątrz wejścia do klasztoru skręciliśmy w prawo. Około 200-300 mnichów siedziało w rzędach na ziemi, tworząc schludny prostokąt. Otaczali ich żołnierze, w dwóch rzędach po każdej z czterech stron. Mieli tarcze, kije, a niektórzy również broń zarzuconą na ramię. Mnisi krzyczeli, śpiewali – było tak głośno, jak na meczu piłki nożnej. [Turysta nie zna tybetańskiego, więc nie był w stanie przetłumaczyć, co było mówione]
Poszliśmy dalej główną drogą, wsiedliśmy do samochodu z dwoma policjantami i pojechaliśmy z powrotem do hotelu. W czasie drogi powrotnej do Lhasy na każdym skrzyżowaniu mogliśmy zobaczyć, że wszystkie drogi podrzędne wiodące do głównej szosy zostały zamknięte. Mijaliśmy jadące w naszym kierunku ciężarówki wojskowe. Skręciliśmy w ulicę, na której znajduje się nasz hotel (Beijin Street) i wszystko wyglądało normalnie. Policja zostawiła nas tutaj, Usiedliśmy w holu i rozmawialiśmy przez 45 minut. Około 5.45 przyszedł tybetański manager hotelu z dwoma mówiącymi po angielsku policjantami w cywilu. Byli bardzo uprzejmi i poprosili, żebyśmy wraz z naszym przewodnikiem, poszli z nimi na komisariat, ponieważ „muszą nam zadać kilka pytań”. Gdy jechaliśmy na komisariat, ulice wyglądały normalnie. Spędziliśmy tam 3 godziny. Po 30 minutach policjanci, którzy przyjechali po nas do hotelu wyszli i pojawili się policjanci z klasztoru. Nasz przewodnik wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Pytali nas, jakie miejsca odwiedziliśmy i kiedy zamierzamy wyjechać z Tybetu. Zapisywali wszystko, co mówiliśmy. Zrobili kopie. Przejrzeli zdjęcia z mojego telefonu komórkowego. Znowu zrobili kopie naszych paszportów i wiz. Zostaliśmy sami w pokoju. Jedna dziwna rzecz – na stole leżał telefon z elektronicznym wyświetlaczem. Sprawdziliśmy czas i okazało się, że byliśmy tam przez 2 godziny i 45 minut. Następnie zauważyłem, że wyświetlacz telefonu na stole również pokazywał 2.45. Przyjrzałem mu się uważnie i zobaczyłem, że elektroniczny wyświetlacz pokazywał tikające mijające minuty. Podejrzewam, że był to magnetofon włączony w momencie, gdy weszliśmy do pokoju. Następnie zabrali nas do innego biura, mówiąc, że to miejsce będzie cieplejsze. Następnie zabrali nas do restauracji, w której inni policjanci jedli. Usiedliśmy przy stole, a policjanci usiedli za nami. Powiedzieli, że to zajmie jeszcze trochę czasu, ponieważ papiery, które napisali, muszą zostać podpisane przez jakiegoś funkcjonariusza. Następnie do restauracji weszła kobieta i powiedziała, że możemy już iść.
Wzięliśmy taksówkę do hotelu około 10.30 wieczorem. Powiedziano mi, że Internet w hotelu został sprawdzony. W pokoju miałem torbę. Zauważyłem, że jedna rzecz, którą włożyłem do torby, była w innym miejscu, torba była w tym samym miejscu, ale jedna z rzeczy, które do niej włożyłem, zmieniła miejsce. Sądzę, że ktoś przeszukiwał mój pokój.”
Zagraniczni turyści ostrzelani przez chińskich żołnierzy.
44-letni Australijczyk mieszkający w Indiach od 11 lat, zdał ICT następującą relację z wydarzeń w czasie których żołnierze PAP skierowali swoją broń przeciwko niemu i mężczyźnie z którym podróżował.
Piątek, 14 marca
„O 11 rano, z pierwszego piętra hotelu obserwowaliśmy mnichów i świeckich Tybetańczyków wchodzących na Barkor Square. Widzieliśmy rzucane w gniewie kataki [tradycyjne szale tybetańskie używane do błogosławieństwa], następnie bardzo szybko sytuacja wymknęła się spod kontroli i obrzucani kamieniami Chińczycy uciekali ze swoimi wózkami z owocami, okna były wybijane. Był tam bar z hamburgerami, został kompletnie zniszczony, tak szybko, że wydawało się to niemożliwe. Ludzie uciekali, żeby ratować swoje życie, po jakimś czasie poproszono nas, żebyśmy opuścili restaurację; musieliśmy zeskoczyć z tylnego dachu i dostaliśmy się na teren czegoś podobnego do parkingu na tyłach hotelu. Wyglądało to na bezpieczne miejsce, ale wszystkie bramy były zamknięte, musieliśmy wejść do jakiegoś budynku, jakiś facet otworzył drzwi i weszliśmy tam. Wiele różnych incydentów zdarzyło się w tym czasie, było również bardzo dużo szabrownictwa; widziałem Tybetańczyków zakładających buty, kurtki, kradnących biżuterię.
Następnego dnia po południu było mnóstwo ognia na ulicach, towary ze sklepów były wyrzucane na ulice i podpalane. Ogień palił się wszędzie. Nie było chińskiej armii na ulicach, tylko Tybetańczycy, i niezwykle napięta atmosfera.
Niesiono młodego Tybetańczyka, był martwy, blada twarz, miał trzy rany po kulach, rany wyjściowe na plecach i podciągnięty T-shirt. Zabrano go do małej gompy [światyni], zaraz za miejscem, w którym staliśmy, i nie zobaczyliśmy go już nigdy więcej. Wszyscy Tybetańczycy mówili – photo, photo, photo, był to bardzo drastyczny widok. Nie mieliśmy ze sobą naszych aparatów.
Poszliśmy w kierunku Bankor Square, było tam około 30 chińskich żołnierzy, między nimi cztery tybetańskie kobiety. Te kobiety były aresztowane, a żołnierze szli w szeregu z kobietami w środku. Następnie podeszli do nas ludzie, byli bardzo wzburzeni, gestykulowali. Poszliśmy szybko w kierunku dwóch płonących pojazdów, ukryłem się za jednym z nich. Następnie ludzie zaczęli krzyczeć i rozpoczęła się nawałnica ostrzału, dwóch lub trzech Tybetańczyków było w pobliżu i pobiegliśmy z nieprawdopodobną szybkością wzdłuż głównej ulicy handlowej w kierunku miejsca, w którym mieszkaliśmy. I był to niezły wyczyn na wysokości 12.000 stóp powyżej poziomu morza, szczególnie dla 57-latka.
To była prawdziwa amunicja, to nie był gaz łzawiący, tylko ostrzał z broni maszynowej. Nie było co do tego żadnych wątpliwości, jak również do tego, czy oni strzelali ponad naszymi głowami, czy też nie. Pamiętam tego młodego Tybetańczyka, mniej więcej mojego wzrostu, który biegł z niewyobrażalną szybkością, żeby ocalić swoje życie i ja robiłem to samo. Pomyślałem „O Boże, za chwilę dostanę jedną z nich w plecy”. Zdyszany dotarłem do trochę bezpieczniejszego miejsca na tej samej ulicy.
14 marca nie było śladu policji. Widziałem palącą się ciężarówkę, bardzo blisko, zaraz po drugiej stronie ulicy i oni podkładali ogień w budynkach. Byli żołnierze z tarczami i pałkami, ale z powodu tego całego dymu było trudno cokolwiek zobaczyć.
Rano 15-tego i 16-tego, na mniej więcej godzinę, pozwolono Chińczykom na powrót i odzyskanie tego, co się dało z ich dobytku i rozejrzenie się w ich własności, Następnie zostali wyprowadzeni. Niektórzy z nich byli pokryci zaschniętą krwią z poprzedniego dnia. Pomogłem jednej Chince wydostać rower z kupy gruzu. Jedną stronę twarzy miała pokrytą zaschniętą krwią. Nie chciała jej zmyć – chciała żeby żołnierze chińscy widzieli, że ci ludzie byli bici i prześladowani.
W sobotę (15 marca) był ciężki ogień artyleryjski i z broni maszynowej. Ogromna, wyglądająca na tysiące ilość żołnierzy, wkroczyła następnego dnia.”
tłum. J.S.
więcej informacji: Protests continue in eastern Tibet







