ratujTybet.org » Aktualności » Tybet. Rewolta ze wspomnieniami

Tybet. Rewolta ze wspomnieniami

Gabriel Lafitte

25 marca 2008
Jeden z pierwszych dni protestów w Lhasie, zdjęcie wykonane przez zagranicznego turystę. fot. phayul.com

Tybetański opór wobec opresyjnego chińskiego porządku jest jednocześnie afirmacją prawa do bycia innym – twierdzi, Gabriel Lafitte, doradzający rządowi tybetańskiemu badacz problematyki tybetańskiej z Australii.

Tybetańskie powstanie z marca 2008 r., podobnie jak te z lat 1959 i 1987, zostanie stłumione przez przytłaczającą potęgę chińskiego wojska. Ciężko o bardziej nierówny układ sił: ubrani w pomarańczowe szaty mnisi i mniszki naprzeciw aparatu opresji wschodzącego globalnego supermocarstwa. Przez ostatnie miesiące na ulicach tybetańskich miast odbywały się zupełnie jawne ćwiczenia oddziałów sił szybkiego reagowania, których jedynym celem jest dławienie społecznych protestów. Żołnierze i policjanci ćwiczyli dokładnie to, czym teraz zajmują się w praktyce.

Jaki jest sens rewolty, w której udział jest niemalże równoznaczny z samobójstwem?

Marcowe powstanie posiada wiele specyficznie tybetańskich cech. Podczas zamieszek najchętniej rabowanym towarem z chińskich sklepów były rolki papieru toaletowego – łup raczej nietypowy. I nie chodzi o to, że Tybetańczycy przez tysiąclecia odczuwali jakąś niespełnioną potrzebę korzystania z papieru toaletowego. Podobnie z resztą jak nie odczuwali potrzeby korzystania z podstawowych składników chińskiej kuchni, takich jak sos sojowy. Zrabowany papier toaletowy posłużył do przyozdobienia linii wysokiego napięcia, czyniąc tym samym Lhasę i inne tybetańskie miasta na powrót tybetańskimi. Obszar etnicznie i kulturowo tybetański zajmuje 25% powierzchni Chin. Na tym terenie pasy papieru toaletowego wyglądają jak wietrzny koń [lungta – symbol opiekuńczy Tybetu], białe jedwabne khataki, szarfy, za pomocą których Tybetańczycy nawzajem się pozdrawiają i błogosławią. Wie o tym każdy Tybetańczyk – poprzez wiatr khatak niosą wiadomość: bogowie zwyciężą.

W tym właśnie leży sens powstania: w uczynieniu Tybetu raz jeszcze tybetańskim. Białe chusty posłużyły także do ochrony przed atakiem tybetańskich sklepikarzy w chwili, gdy podczas krótkiej i kosztownej chwili wolności, Tybetańczycy wypełnili ulice, niszcząc sklepy przyjezdnych chińskich kupców.

Nawet podczas tych najbardziej upajających momentów, żaden Tybetańczyk ani na chwilę nie mógł zapomnieć o wszechobecnych kamerach i o siatce donosicieli przenikających daleko w głąb prywatnego życia mieszkańców tybetańskich miast. Żaden z Tybetańczyków nie mógł być nieświadomy tego, że w pełni represywna potęga nowoczesnej tyranii ostatecznie go dopadnie i nie okaże nawet cienia litości. Wszyscy Tybetańczycy wiedzą o swych dawnych przyjaciołach zwalnianych z więzień, w których byli torturowani, którzy obecnie unikają starych znajomych, zmuszani przez swych oprawców do regularnego dostarczania nazwisk tych, których prywatne wypowiedzi nie pokrywają się z linią partii. Informatorzy żyją w ciągłym strachu – boją się powrotu do celi i ponownych tortur. Boją się też, że zdradzą przyjaciół.

To właśnie czyni tę rewoltę specyficznie tybetańską. To nie przypadek, że od samego początku protest był prowadzony przez tych, którzy wyrzekli się wszelkich więzi z krewnymi i bezwarunkowo poświęcili swoje życie w służbie ludzkości. Tybetańscy mnisi i mniszki ślubowali pracować nad wyzwoleniem wszystkich czujących istot od wszelkiego cierpienia – zarówno umysłowego, jak i tego pochodzącego ze świata zewnętrznego. Począwszy od Dalajlamy, a kończąc na najmłodszym z nowicjuszy, ich zadaniem jest doskonalenie się w medytacji, by odciąć więzy łączące ich z egzystencją. Egzystencją, w której własne „ja” stawiane jest przed innymi istotami.

Wiedzą, że umrą i są na to gotowi. Tak jak podczas powstań sprzed dwóch i pięciu dekad wielu zginie w celach tajnych więzień po długich torturach. W chwili, gdy świat już nie będzie patrzył lub nie będzie w stanie patrzeć, Tybetańczycy, którzy ryzykują wszystko, by w roku olimpijskim skupić uwagę świata na hańbie Chin, umrą.

Tybetański fundament

Cóż takiego jest we współczesnych Chinach, czego Tybetańczycy nie mogą zaakceptować? Dlaczego Tybetańczycy i Chińczycy, przez tysiące lat sąsiedzi, nie mogą dojść do porozumienia? Media skupiają się zwykle na bezpośrednich przyczynach kryzysu, za którymi kryje się jednak głębsza historia. Doświadczenie pracy z Tybetańczykami przez ponad trzydzieści lat, bycie naocznym świadkiem wprowadzania chińskich programów rozwojowych (a także fakt związanego z tym krótkiego pobytu w chińskim więzieniu), pozwalają mi podzielić się tym, co mówią moi tybetańscy przyjaciele. Współczesna chińska kapitalistyczna modernizacja jest dla Tybetańczyków w równym stopniu problematyczna jak w przeszłości państwowa przemoc i represje. Aktualnie w Tybet wypompowywana jest ogromna suma chińskich państwowych pieniędzy, które inwestowane są w kolej, autostrady, infrastrukturę turystyczną i administracyjną elitę. Wieżowce ze stali i szkła, centra handlowe, olbrzymie domy publiczne maskowane pod postacią dyskotek, masywne biurowce dominują obecnie w panoramach tybetańskich miast. Jeszcze dwadzieścia lat temu w krajobrazie dominowały modlitewne flagi, świątynie i medytacja.

Osoby postronne zwykły mówić, że jest to cena nowoczesności, a Lhasa wygląda teraz jak każde inne rozwijające się chińskie miasto. Tybetańczycy czują się jednak wykluczeni z dostępu do materialnych korzyści, które niesie ze sobą rozwój. Pozostaje im patrzeć, jak grupy nie-Tybetańskich imigrantów przejmują nawet te miejsca pracy, w których niewymagane są kwalifikacje. Tybetańczycy pozostają biedni, społecznie wykluczeni, pozostawieni na marginesie fundowanego przez państwo boomu, w którym przewidzianą dla nich rolą jest uśmiechanie się do zdjęć robionych prze turystów. Miejsca, w których zaczęły się protesty, święte miasto – Lhasa i wszystkie największe klasztory zostały zalane przez chińską masową turystykę. Poświęcenie tych, którzy wybrali się w podróż ku oświeceniu traktowane jest dziś jako dobra okazja do zrobienia pamiątkowego zdjęcia.

Działająca od dwóch lat nowa linia kolejowa, łącząca Lhasę z Chinami, zapoczątkowała turystyczną koniunkturę, budowę nowych dyskotek i domów publicznych i jednocześnie pogłębiła wyobcowanie Tybetańczyków. Większość z nich mieszka na terenach wiejskich o powierzchni równej Zachodniej Europie. Głównym zajęciem jest hodowla jaków, owiec i kóz. Tybetańczycy starają się związać koniec z końcem, gospodarując na skrawkach ziemi rozparcelowanych dziesięciolecia temu przez chińskie władze. Biurokraci nie zgadzają się na zmianę powierzchni działek, mimo że rodziny powiększają się i tworzą się nowe. Nędza wśród Tybetańczyków jest czymś powszechnym. Nie zmienią tego statystyki, które mieszając z pozostawioną samą sobie wieś i rozwijające się miasta, wykazują wzrastający standard życia.

Zagrożenie dla tybetańskiego sposobu życia przychodzi ostatnio ubrane w szaty idei ochrony środowiska. Tybetańscy nomadzi są zmuszani do zrzeczenia się swojej ziemi, ze względu na ochronę górnych odcinków Rzeki Żółtej i Jangcy. Przesiedlani są do nędznych nowych miasteczek zakładanych pośrodku pustkowia. Pasterze pozbawiani są tradycyjnych źródeł utrzymania, a ich znajomość ziemi i sposobów jej zrównoważonego użytkowania w nowych warunkach staje się bezużyteczna. Jednocześnie rzadko kiedy oferuje się im możliwość uzyskania nowych umiejętności, nie mówiąc nawet o jakiejś rekompensacie oprócz głodowej racji żywności.

Obecnie na olbrzymim i stale powiększającym się obszarze wędrowni pasterze stają się ekologicznymi uchodźcami. Jest to wynikiem błędnego założenia, że są winni degradacji pastwisk rozmiarem ustępujących jedynie pastwiskom australijskim. Bez możliwości stworzenia własnej organizacji, pozbawieni własnego głosu nomadzi nie mogą pokazać, jak bardzo dbają o swoją ziemię, której produktywność i dzikie życie podtrzymywali przez tysiąclecia. Chińska miejska elita partyjna postrzega pasterzy jako głupich, niewykształconych, chciwych i destrukcyjnych. W oczach biurokratów uosabiają oni wszystkie cechy, od których Chińczycy chcą się trzymać z daleka. Pomiędzy władzami a tymi, którzy żyją z ziemi, nie istnieje żadne partnerstwo. Jednych od drugich różni praktycznie wszystko – pochodzenie, życiowe doświadczenie i światopogląd.

Taki jest fundament rebelii. Władze chińskie pogardzają wiejską społecznością Tybetu, a Tybetańczycy z miast są traktowani podejrzliwie. Bezwzględnie wymagana lojalność wobec Chin i partii cały czas jest testowana poprzez kampanie „edukacji patriotycznej”, w których ramach Tybetańczycy są zmuszani do potępiania najbardziej szanowanych lamów.

Chińska pętla czasowa

Bycie Tybetańczykiem można porównać do bycia czarnym w Missisipi w latach 50. Podróże wewnątrz Tybetu, migracja ze wsi do miasta, limity na trzodę chlewną, dozwolona liczba dzieci – wszystko jest kontrolowane przez zaborczych biurokratów. W tym samym czasie zorganizowane na sposób kapitalistyczny, w pełni odpłatne leczenie i szkolnictwo są ograniczone są do terenów miejskich. Na łóżko szpitalne mogą liczyć jedynie ci, którzy mają znajomości, albo wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wręczyć łapówkę.

Mnisi i mniszki, którzy poświęcili swoje życia na rozjaśnianie i oczyszczanie umysłu, czerpią inspirację z przykładu swoich nauczycieli i nauczycieli swoich nauczycieli, z których najwyższym jest Dalajlama. Liderzy chińskiej partii – włączając w to Hu Jintao (został wybrany na kolejną pięcioletnią kadencję prezydencką 15 marca), który wprowadzał stan wojenny podczas ostatniego powstania tybetańskiego – zdają się nie dostrzegać, że zmuszanie mnichów do deptania i plucia na wizerunki Dalajlamy jedynie pogłębia alienację Tybetańczyków.

Chiny, którym dzisiaj świat rzuca przelotne spojrzenie, na terenie Tybetu nie są tymi Chinami, które uległy tej przemianie, z którą wiązane są duże nadzieje. Zdominowany przez Chińczyków Tybet zdaje się być uwięziony w pętli czasowej, na którą składa się marksistowska propaganda antyreligijna, kampanie potępiania narodowych autorytetów i ideowa reforma. Chińska polityka w Tybecie jest nieefektywna i pełna sprzeczności. Chińczycy chcą, żeby Tybetańczycy pokochali ojczyznę i partię, ale związany z represyjnym nastawieniem nacisk na stabilizację cały czas podminowuje nierówny i często alienujący trend rozwojowy.

Przyjaciele Chin muszą przekonać ten kraj, że nie można za pomocą siły uczynić z imperium narodu. (Australia jako kraj utrzymujący z Chinami bliskie i przyjacielskie stosunki, którego premier płynnie posługuje się językiem chińskim, jest w wyjątkowy sposób predestynowana do tego, by przypomnieć odizolowanemu i przestraszonemu kierownictwu partyjnemu, że mogą zyskać znacznie więcej poprzez wysłuchanie przesłania protestujących, które brzmi – „dajcie nam spokój”. Chiny mogą się od Australii wiele nauczyć zarządzaniu ziemią i dbaniu o nią, o wiejskich społecznościach i wysiłku, który rządzący muszą włożyć w naprawienie długoterminowych szkód, a także o odkrywaniu ciężkiej drogi szacunku i pojednania z rdzennymi mieszkańcami.)

Dalajlama cały czas powtarza, że Tybetańczycy i Chińczycy byli w dobrych relacjach w przeszłości i tak samo mogłoby być w przyszłości. Warunkiem jest wzajemny szacunek dla bliźnich, którzy źródła szczęścia upatrują gdzie indziej niż druga strona.

Tybetańscy mnisi i mniszki umierają teraz. Ze spokojem i bez nienawiści w sercu. Umierają, by podtrzymać tę różnicę.


Tłumaczył Michał Maleszka

źródło: www.opendemocracy.net