Tybetańska przemoc
Gabriel Lafitte
Lhasa, fot. arch.
fot. AMC
Jak to możliwe, że ci miłujący pokój Tybetańczycy okazują się być agresywni, rzucają kamieniami, a nawet podpalają domy z uwięzionymi w środku ludźmi?
Wiele osób jest zaszokowanych lub po prostu nie rozumie, jak tacy świątobliwi ludzie, którzy nawet robaki ratują przed ostrzem pługa lub łopaty, mogli się tak okropnie zachować.
Tybet to nie hollywoodzkie studio filmowe; to kraj okupowany, do którego napływają tłumy żyjących w nędzy chińskich imigrantów, powstrzymywanych tylko przez bijatyki w ciemnych zaułkach i zaciekłość, z jaką krewcy Tybetańczycy odbierają nocą przestrzeń, na którą Chiny wdzierają się w ciągu dnia.
Pewien mój tybetański przyjaciel, mówiący biegle po tybetańsku, chińsku i angielsku, ma dar odnajdywania się w każdej sytuacji. Jeszcze przed ostatnimi wydarzeniami, zanim został zmuszony do ucieczki ze swojej ojczyzny, postanowił zwiedzić cały Tybet, co nie jest takie proste, zważywszy że chodzi o kraj wielkości Europy Zachodniej, po którym kursuje niewiele autobusów. Pochodzi on z Amdo, prowincji położonej daleko na północny-wschód od Lhasy, gdzie Tybetańczycy dumni są ze swojej poezji, literackiej odmiany języka tybetańskiego i ciągłego trwania w tybetańskiej kulturze, znosząc jednocześnie rasistowską pogardę i podejrzliwość ze strony Chińczyków. Mój przyjaciel podróżował przez Kham, tybetańskie kresy wschodnie, gdzie wojownicy szczególnie chętnie bronią swojej tybetańskiej tożsamości. Znajdował się w autobusie, który przez głębokie doliny zmierzał w głąb prowincji. Godzinę po tym, jak zatrzymali się, aby coś przekąsić na postoju dla kierowców ciężarówek, z siedzenia podniósł się nagle mnich i krzyknął do kierowcy, żeby natychmiast się zatrzymał. Okazało się, że zapomniał zabrać pieniędzy z baru. Poprosił kierowcę, żeby zaczekał, aż pojedzie tam autostopem i wróci.
Pasażerowie pozostali na swoich miejscach. Ileż to może potrwać? Na pewno co najmniej kilka godzin. Mój przyjaciel, kawalarz, podszedł do chińskiego kierowcy i zagadnął go, używając miejskiego chińskiego dialektu: „Na co czekamy? Dlaczego nie jedziemy? Kogo obchodzi ten głupi mnich?” Kierowca odpowiedział: „Nie jesteś stąd, więc nic nie rozumiesz. Jeżeli teraz pojadę nie oglądając się na mnicha, jutro rano z tego autobusu zostanie tylko spalony wrak. Tutejsi ludzie tak właśnie robią. Więc czekam.” Cztery godziny później mnich wrócił i wszyscy ruszyli w dalszą drogę.
Ta banalna historia jednych może zaszokować, innych rozbawić. Ukazuje jednak dobrze, jak Tybetańczycy z Kham radzą sobie z napływem Chińczyków -- za pomocą pięści.
Chińczycy są dziś obecni w całym Tybecie, lecz ich mowa ciała nie jest wszędzie taka sama. W Lhasie rozpierają się, otwarcie okazując Tybetańczykom pogardę i nie ukrywając odrazy do „tybetańskiego lenistwa”, tak niesprzyjającego robieniu interesów. Jednak już w Kham Chińczycy są dużo grzeczniejsi, odnoszą się Tybetańczyków z szacunkiem i uważają, by ich nie urazić, wiedząc z doświadczenia, że miejscowi są w gorącej wodzi kąpani i zawsze mają przy sobie nóż.
Może to szokować tych, którzy zakładają, że wszyscy Tybetańczycy, nawet przedstawiciele młodego pokolenia, wychowanego bez lamów i nauczycieli buddyjskich, to świątobliwi uczniowie Gandhiego. Prawda jest jednak taka, że w marcu 2008 roku mieszkańcy Lhasy postawili się – tak jak mieszkańcy Kham stawiali się cały czas.
Przemoc, która eksplodowała w Lhasie była w dużej mierze ślepa. Jej ofiarą padli wszyscy Chińczycy, szczególnie bardzo nielubiani chińscy muzułmanie, którzy akurat znaleźli się w niewłaściwym miejscu. Tych młodych Tybetańczyków, którzy palili i niszczyli przedstawia się teraz jako dowód na to, że Tybetańczycy są tak samo źli i okrutni jak my wszyscy. Młodych ludzi, których teraz poniosły emocje i którzy posunęli się za daleko, często powstrzymywali starsi Tybetańczycy. Nie zawsze im się to jednak udawało.
Choć Tybetańczycy nigdy nie powiedzą tego o swoich rodakach, prawda jest taka, że zamieszki były dziełem niechcianych dzieci komunistycznego reżimu, nauczonych przez życie, że mogą liczyć tylko na to, co sami zdołają wydrzeć. Widzą, jak chciwi działacze partyjni rabują środki publiczne dla prywatnych korzyści. Widzą, jak urzędnicze elity, w szklanych wieżowcach, wykorzystują dotacje by pławić się w luksusie. Widzą, jak pijani chińscy biznesmeni ostentacyjnie obnoszą się ze swoim bogactwem w niezliczonych dyskotekach i domach publicznych. Są pokoleniem, które wyrosło bez obecności lamów w życiu publicznym, którego nie nauczono, jak rozwijać w sobie współczucie, mądrość, spokój i cierpliwość – to wszystko, czego lamowie zawsze uczą. Ta młodzież z Lhasy, która posunęła się za daleko, odkryła, że do wszystkich chińskich obietnic dobrobytu dopisano niewidocznym drobnym drukiem klauzulę: „oferta tylko dla Chińczyków, nie dla Tybetańczyków”. Ci wyobcowani młodzi ludzie napłynęli do nowych miast, wielkim kosztem budowanych przez Chiny w Tybecie, by przekonać się, że nie mogą tam dostać pracy nawet jako niewykwalifikowani robotnicy budowlani czy taksówkarze. Z każdego miejsca wypychani są przez chińskich imigrantów.
Tybetańscy rolnicy na obrzeżach miast, nakłonieni do oddania ziemi w dzierżawę, lub nawet do jej sprzedaży, jako że gruntami miejskimi w Chinach można obracać na wolnym rynku, odkryli, że płaci im się za nią niewiele, a dzierżawcy niszczą ziemię, zmuszając ją by rodziła zbyt wiele i zbyt szybko.
Taka jest ukryta prawda o Tybecie, o której rzadko się mówi, bo Chiny ani nie dostrzegają tych ludzi -- chyba że po to, by ich napiętnować jako przestępców -- ani nie pozwalają, by dostrzegali ich inni. Zbyt wielu ludzi odwiedzających Tybet ma przed oczami romantyczną wizję szczęśliwej krainy Shangri-la, zapominając, że młodzi Tybetańczycy nie mają dostępu do mądrości, ćwiczeń umysłu i umiejętności lamów, zamkniętych w klasztorach, stale inwigilowanych, wypchniętych z życia publicznego.
Nie powinno nikogo dziwić, że tak wiele protestów, a co za tym idzie tak wiele aresztowań i brutalnych przesłuchań, miało miejsce wśród Khampów z prefektury Kardze i Tybetańczyków Amdo z niedalekiej prefektury Ngaba, które razem zajmują 42 procent powierzchni chińskiej prowincji Syczuan. To oni żyją najdłużej w sąsiedztwie Chińczyków z nizin i to ich pięści odzyskują tybetańską przestrzeń.
Tybetańska taktyka działania bez przemocy przyniosła efekty w postaci międzynarodowego poparcia dla sprawy tybetańskiej i być może doprowadzi do takiego bezpośredniego dialogu pomiędzy partyjnymi przywódcami a Dalajlamą, który pomoże rozwiązać cały problem Tybetu. Ale to codzienny, powtarzający się od lat na małą skalę w bocznych uliczkach tybetańskich miast pokaz siły Tybetańczyków sprawia, że chińskie autobusy nadal kursują wedle tybetańskiego rozkładu jazdy, bez względu na to, czy przemawia za tym nowoczesność, wydajność lub rachunek ekonomiczny.
Gabriel Lafitte jest doradcą tybetańskiego rządu na uchodźstwie w sprawach środowiska naturalnego i zrównoważonego rozwoju. W 1999 roku Tybetańczycy poprosili go, by ocenił zaproponowany przez Bank Światowy program złagodzenia problemu ubóstwa w tybetańskiej części prowincji Quinghai, zakładający sprowadzenie dziesiątek tysięcy chińskich osadników mających zastąpić tybetańskich koczowników. Podczas pobytu w miejscu realizacji projektu został zatrzymany przez chińską służbę bezpieczeństwa i po intensywnych tygodniowych przesłuchaniach deportowany. W ostatnim czasie odwiedził Chiny, by na zorganizowanej przez państwo konferencji na temat ubóstwa przedstawić plan poprawy warunków życia Tybetańczyków poprzez wprowadzenie krzyżówek ras owiec tybetańskich i australijskich.
Gabriel Lafitte brał udział przy opracowaniu dwóch niedawno opublikowanych raportów na temat Tybetu:
http://www.savetibet.org/documents/document.php?id=245
http://www.tibet.net/en/diir/pubs/edi/tib2007/content.html
Tłumaczenie: MM, PP.












