Oeser: Dziennik tybetańskich protestów (2)
16 maja 2008
Trzęsienie ziemi o sile 7,9 w skali Richtera z epicentrum w okręg Lunggu (po chińsku Wenchuan) Tybetańsko-Qiangowskiej Prefektury Autonomicznej Ngaba prowincji Sichuan objęło swoim zasięgiem połowę Chin i było odczuwalne nawet w sąsiednich państwach. Jest już 50 tysięcy ofiar. Miasta i wioski leżą w gruzach. Niemal w każdej rodzinie są zabici i zaginieni. Potworna katastrofa.
Lunggu oraz pobliskie okręgi Tasziling i Cenlha składają się na tybetański Gjarong z jego słynnymi klasztorami Łolung (bon) i Samten (njingma). W Lunggu, Rongtragu w Kardze, i Drugczu w Kanlho są tybetańskie ofiary.
Część zachodnich mediów podaje, że „po marcowych demonstracjach w Lhasie Wenchuan był niedawno areną zaciekłych protestów” oraz „konfliktów między tybetańską ludnością a lokalnymi władzami”. Bzdura. Masowe wystąpienia – z towarzyszącą im jak cień brutalnością policji – mieliśmy w Ngabie, Kakhogu, Dzoge i Dzamthangu, tymczasem w Gjarongu panował spokój (poza kilkoma symbolicznymi protestami uczniów). Wiemy jednak, że wielu aresztowanych w Ngabie przewieziono do więzień w Lunggu i sąsiednich okręgach. Według chińskiej „Gazety Prawnej” zginęło tam „kilku kryminalistów i funkcjonariuszy. Wiele budynków jest uszkodzonych”.
Dalajlama przesłał kondolencje prezydentowi Hu Jintao, pisząc 13 maja: „Śmierć i cierpienia tysięcy rannych na skutek wczorajszego katastrofalnego trzęsienia ziemi w chińskiej prowincji Sichuan napełniają mnie głębokim smutkiem. Składam wyrazy współczucia i kondolencje rodzinom ofiar. Modlę się za zabitych i rannych”.
Przywódcy religijni i tybetańskie organizacje pozarządowe organizują modły w intencji ofiar.
Rytuały odprawia się również w klasztorach, w których przed chwilą dokonywano rewizji i aresztowań, między innymi w Drepungu, Kirti i Lithangu. Mnisi zbierają też pieniądze na pomoc dla poszkodowanych i ich rodzin. Radio Wolna Azja podało, że stacjonująca w Kirti grupa robocza pozwoliła duchownym tylko na jednodniowe modły.
W dniu trzęsienia władze w Ngabie wydały rozporządzenie w sprawie „połączenia walki z separatyzmem z akcją ratunkową”. To samo w Kardze, gdzie każą „sumiennie strzec stabilizacji”. Liu Daoping, sekretarz prefektury, rozesłał listy do sekretarzy podległych okręgów, przypominając im, że są „odpowiedzialni zarówno za walkę z separatyzmem, jak i akcję ratunkową”. Zaraz potem rząd Rongtragu – okręgu, który w Kardze ucierpiał najbardziej – wydał „sześciopunktową dyrektywę”. „Departamenty, biura bezpieczeństwa publicznego i inne instytucje rządowe realizują ustalony plan, pozostają czujne, ściśle kontrolują sytuację oraz strzegą stabilizacji. Dotyczy to również policyjnych blokad na szosach, by siły separatystyczne nie wykorzystały sytuacji do dokonania aktów sabotażu. Nie wolno dopuścić do rozpuszczania pogłosek i wzniecania niepokojów. Na wydarzenia takie należy reagować natychmiast i z całą surowością”. To był punkt drugi.
Władze Tybetańskiego Regionu Autonomicznego ogłosiły kampanię „ochotniczego” zbierania datków dla poszkodowanych w Sichuanie. Wedle mediów jest to „najbardziej wzruszająca i największa inicjatywa mieszkańców Lhasy w ostatnich latach”. W rzeczywistości wszystkie jednostki produkcyjne potrącają „datki” z pensji według rozdzielnika (np. w zespole tanecznym po 300-500 yuanów).
Szinca Tenzin Czodrak, wicedyrektor w Stałym Komitecie Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych TRA i inkarnowany lama szkoły kagju, powiada w dzisiejszym „Dzienniku Tybetańskim”, że w „dawnym Tybecie, za czasów ucisku XIV Dalajlamy, była tylko garstka wykształconych ludzi. Poza tomami w bibliotekach najbogatszych arystokratów nie istniały ani powieści, ani opowiadania”. Czy mamy rozumieć, że najwybitniejsi uczeni buddyjscy byli ludźmi pozbawionymi wykształcenia? Biografia Pholhane, historia Gesara, czyli najdłuższy na świecie poemat epicki, i niezliczone księgi „o bogatej treści i pluralistycznej formie” (R.A. Stein, jeden z najwybitniejszych tybetologów) – spadły z nieba? Nawet bezwstyd powinien mieć jakieś granice.
Nikt nic nie wie o losie kilkunastu mnichów Labrangu, którzy 9 kwietnia odważyli się powiedzieć prawdę grupie zagranicznych dziennikarzy. Ludzie boją się, że dwaj z nich zostali zabici. LPZ najechała klasztor ponownie 7 maja, aresztując kilkuset mnichów. Pozostali odpowiedzieli protestem i wywalczyli zwolnienie wszystkich poza siedmioma duchownymi. Wymuszanie zeznań torturami jest na porządku dziennym. Niektórych mnichów pobili tak ciężko, że trzeba ich było zawieźć do szpitala. Policja zabroniła im z kimkolwiek rozmawiać. Ludzie wiedzą swoje, ale „oficjalnie” hospitalizowani są „chorzy”.
W więzieniach kilka osób zakatowano na śmierć. Po marcowych protestach w Luczu aresztowano ponad 300 mnichów. Większość zwolniono, trzymają jeszcze dwie, trzy osoby, jedną zabili. Zwolniony z lhaskiego więzienia twierdzi, że był świadkiem zatłuczenia żebraka z Khamu. Na skutek bicia wiele osób postradało zmysły.
Mimo ogromnej presji wciąż dochodzi do nowych protestów. Przed cztery dni, od 11 do 14 maja, kotłowało się w Kardze. Najpierw aresztowali dwie mniszki za okrzyki i ulotki. Następnego dnia 12 innych, które domagały się zwolnienia swoich sióstr. Wszystkie brutalnie pobito. Dwie tak ciężko, że musieli je zwolnić. Dzień później to samo tylko z trzema mnichami. Kolejny dzień – rano trzy mniszki i świecki, który zaczął krzyczeć, że nie może patrzeć, jak je biją; po południu najpierw cztery, a następnie jakieś 60 mniszek (LPZ aresztowała 52). Wszystko to za sprawą kampanii edukacji patriotycznej i zmuszania duchownych do lżenia Dalajlamy. 15 maja wyprowadzili na ulice tłum policjantów. Większość sklepów jest zamknięta, w mieście panuje bardzo napięta atmosfera.
W Markhamie za podobne wystąpienia 12 i 13 maja aresztowano kilkunastu mnichów. Potem zorganizowano paradę. Przewieźli ich otwartą ciężarówką z czarnymi workami na głowach.
źródło: www.hfhrpol.waw.pl więcej informacji: Dziennik tybetańskich protestów (2)











