Klęska miękkiej siły
Li Datong
Z ostatnim kryzysem w Tybecie też można się było uporać inaczej. Jeżeli kilka osób chce wyjść ze świątyń i protestować – w czym problem? Jeśli wyznaczyć im miejsce i czas zgodnie z prawem, wykrzyczą swoje hasła i wrócą do domów. Im bardziej ludzi się uciska, tym większe w nich pragnienie buntu – a na koniec chaos.
Państwo prawa powinno gwarantować swobodę protestowania. Jeśli w takich okolicznościach obywatele łamią prawo, należy ich bezzwłocznie zatrzymać. W Chinach stoi to jednak na głowie. Najpierw mnichom odebrano należne im prawo demonstrowania, a gdy zaczęły się kłopoty, nie interweniowano ze strachu przed światową opinią publiczną. W ten sposób sytuacja wymknęła się spod kontroli, powodując ofiary śmiertelne i straty materialne.
Nie koniec na tym. Zanim doszło do przemocy, zabrakło informacji i przygotowania. Kiedy rząd się ocknął, wyrzucił wszystkich dziennikarzy, żeby potem przywozić ich w zorganizowanych grupach. Najpierw winą za wszelkie nieszczęścia obarczył Dalajlamę, by za chwilę, pod naciskiem światowej opinii publicznej, ogłosić, że rozpoczyna z nim rozmowy. Wszystko to świadczy i o pasywności władz, i wrodzonej głupocie totalitaryzmu.
Kłopoty ze zniczem obudziły nacjonalizm części Chińczyków, rząd wciąż pozostaje jednak w szoku. Potrzebuje czasu na przeżucie faktów. Musi też zadać sobie pytanie: dlaczego dla świata bardziej przekonująca jest grupka ludzi, skandujących „Wolny Tybet”, niż setki miliardów yuanów, które wpompowały tam władze? Dlaczego zagraniczna opinia publiczna ufa bardziej doniesieniom mediów niż chińskim przywódcom? Dlaczego coraz potężniejsze Chiny są postrzegane jako zagrożenie, a nie rzecznik pokoju?
źródło: www.hfhrpol.waw.pl więcej informacji: Klęska miękkiej siły











