ratujTybet.org » Aktualności » Olimpijski spokój w Tybecie

Olimpijski spokój w Tybecie

Mariusz Zawadzki, Lhasa

2 sierpnia 2008

Inaczej niż Pekin, który oszalał na punkcie igrzysk, Lhasa jakby zupełnie o nich zapomniała. Niektórzy Tybetańczycy mają żal do świata, że posyła sportowców do Chin. Ktoś mówił mi, że będzie kibicował rosyjskim gimnastyczkom, żeby odebrały jak najwięcej medali Chinkom.

Chińscy żołnierze byli w Lhasie widoczni i dawniej, ale teraz, na kilka dni przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Pekinie, są już dosłownie wszędzie. Na skwerach całymi godzinami stoją na baczność pod wielkimi parasolami, co wygląda wyjątkowo zabawnie.

Jeśli sam nie przyjdziesz do nich, oni przyjdą do ciebie. Choćbyś zaszył się w najmniejszej uliczce, możesz być pewnym, że za kilkanaście minut ich zobaczysz. Przemaszerują krokiem defiladowym, zupełnie nie zwracając na ciebie uwagi. Ot, tylko przypomną o swoim istnieniu.

W marcu w Lhasie zginęło ponad 20 Chińczyków. Niepokoje rozlały się na wiele miast w całym Tybecie i dopiero brutalna interwencja wojska pozwoliła opanować bunt. Podobno zginęło około 200 Tybetańczyków, a ponad 1000 trafiło do więzień.

Obrońcy Tybetu odpowiedzieli głośnymi protestami podczas tradycyjnej sztafety ze zniczem olimpijskim – najpierw w Olimpii, a potem w Paryżu, Londynie, San Francisco czy Seulu. W Paryżu zdołali nawet zgasić na chwilę znicz, a w San Francisco sztafeta została poprowadzona tak, by dalekim łukiem ominąć tłum. W stolicy Korei doszło do bijatyk między Chińczykami a obrońcami Tybetu.

W odróżnieniu od Pekinu, który oszalał na punkcie igrzysk, Lhasa jakby zupełnie o nich zapomniała. Niektórzy Tybetańczycy mają żal do świata, że posyła sportowców do Chin. Ktoś mówił mi, że będzie kibicował rosyjskim gimnastyczkom, żeby odebrały jak najwięcej medali Chinkom.

Chińczycy dopiero od miesiąca wpuszczają do Tybetu niewielkie grupki zachodnich turystów, którzy mogą podróżować tylko w zorganizowanych grupach z przewodnikiem. Tylko trzy osoby – dwóch Tybetańczyków i chiński sklepikarz – odważyły się ze mną rozmawiać, nie wiedząc zresztą, że jestem dziennikarzem

– Masz wielkie szczęście, że dostałeś pozwolenie na wjazd – mówi mój przewodnik, dla którego jestem pierwszym klientem od marca. Na szosach policja sprawdza, czy nie zboczyliśmy gdzieś z trasy, czy nie robimy czegoś nielegalnego.

Choć przyjechałem tu, podając się za turystę, przez większość czasu jestem obserwowany. W hotelowej recepcji jest kamera, o czym początkowo nie miałem pojęcia. Ale kiedy pytam o zagubione gdzieś dokumenty, recepcjonistka zaprasza mnie do monitora, przewija taśmę i odtwarza moment mojego przyjazdu do hotelu, żeby udowodnić, że mi je oddała.

Chińczykom chodzi o to, by kontrolowani przez nich cudzoziemcy sami przekonali się, że w Tybecie wszystko w porządku. Oglądam to na własne oczy.

– Jak to możliwe, że wyznawcy tybetańskiego buddyzmu, najbardziej pokojowej religii świata, ruszyli podpalać sklepy i zabijać? – pytam lamów w jednej ze świątyń w rejonie Lhasy.

Potrzebowałem aż godziny, żeby móc zadać swoje pytanie, nie wywołując przerażenia moich rozmówców. W końcu lama mówi: – To nie powinno było się zdarzyć. Nie powinno… Ale rozejrzyj się uważnie dookoła, a może zrozumiesz, dlaczego się zdarzyło.

Klasztor, w którym rozmawialiśmy, bardziej przypomina muzeum czy cepelię niż buddyjską świątynię. W ciągu ostatniego półwiecza Chińczycy najpierw go zniszczyli, a potem – kiedy ogłosili politykę tolerancji wobec mniejszości – odbudowali.

Tolerancja ma swoje granice. Jak we wszystkich klasztorach Tybetu, również i tutaj mnichom zabroniono prowadzenia dysput filozoficznych. Podobno po takiej właśnie dyspucie kilkunastu młodych mnichów o gorących głowach wymaszerowało 14 marca koło południa z innego klasztoru w Lhasie, żeby domagać się wolności religijnej i praw dla Tybetańczyków.

Wtedy strach i rozpacz na jeden dzień zamieniły się we wściekłość. Tłum Tybetańczyków najpierw obronił mnichów przed policją, a potem jął plądrować chińskie sklepy i zabijać ich właścicieli.

Po tamtym jednodniowym szaleństwie nie ma dziś śladu. Wszystko wróciło do normy: zastraszeni i sterroryzowani Tybetańczycy nie ważą się skarżyć na Chińczyków ani w ogóle rozprawiać o polityce.

źródło: wyborcza.pl