Tybetańskie marzenia o Olimpiadzie
Monitor Olimpijski
Kalsang Lobsang z Dharamsali i Yangchen Palmo z Delhi biegną ze zniczem Tybetańskich Igrzysk Olimpijskich spod świątyni Dalajlamy. Dharamsala, Indie. 23 maja 2008
fot. Bartek Solik/Visavis.pl
Poniższy tekst ukazał się w najnowszym numerze biuletynu Monitora Olimpijskiego.
Pod koniec maja w Dharamsali, mieście-siedzibie Dalajlamy i rządu tybetańskiego na uchodźstwie, odbyły się Tybetańskie Igrzyska Olimpijskie. Ta kameralna, symboliczna impreza miała na celu pokazanie światu, że szykanowani przez Chiny, organizatora tegorocznej Olimpiady, Tybetańczycy także lubią sportową rywalizację a udział w prawdziwych igrzyskach, z których czują się wykluczeni, jest marzeniem wielu z nich.
Tybetańska Olimpiada w niczym nie przypominała wielkiej imprezy sportowej. Trwała tylko 4 dni, a młodzi uczestnicy rywalizowali zaledwie w kilku dyscyplinach. Zmagania rozpoczęły turnieje łuczniczy i strzelecki. W kolejnych dniach odbyły się zawody pływackie, bieg długodystansowy oraz turniej lekkoatletyczny obejmujący biegi na krótkim dystansie, biegi przez płotki, skoki w dal i wzwyż oraz rzut oszczepem. W imprezie wzięło udział zaledwie 13 zawodników i 10 zawodniczek, w większości amatorów lubiących sport. Byli wśród nich nauczyciel wychowania fizycznego i przewodnik górski, ale też studenci i uczniowie, właściciel kantoru, pracownik socjalny, a nawet mnich z buddyjskiego klasztoru w południowych Indiach. Najlepsi w łącznej klasyfikacji wszystkich konkurencji zawodnicy i zawodniczki stanęli na podium, otrzymując złote, srebrne i brązowe medale oraz wysokie, jak na indyjskie warunki, nagrody pieniężne.
Do Dharamsali dotarł też specjalny znicz olimpijski, który wcześniej nawiedził Tybetańczyków na sześciu kontynentach, w Sydney, Taipei, Tokyo, na Hawajach, w San Francisco i Nowym Jorku, Rio de Janeiro, Kapsztadzie, Londynie i Tel Avivie. Zdaniem głównego organizatora igrzysk, Lobsanga Wangyela, impreza miała na celu wcielić w życie prawdziwą istotę idei olimpijskiej, wedle której ważniejszy jest sam udział w zawodach niż zwycięstwo.
Pokazujemy światu, że Tybetańczycy nie są gorsi od Chińczyków ani od żadnej innej nacji – mówił Wangyel. – Nie mogliśmy ich powstrzymać. Mogliśmy tylko zrobić coś podobnego, co jednak nie będzie postrzegane jako konfrontacja. Tybetańskie Igrzyska nie mają nic wspólnego z polityką. Chcemy jedynie, aby Tybetańczycy odzyskali swoje prawa, wśród których jest prawo do łączenia się w radości ducha olimpijskiego z resztą świata.
Hasło Igrzysk nawiązywało do pekińskiego: One world, one dream (tłum. Jeden Świat, jedno marzenie), lecz brzmiało One world, many dreams (tłum.: Jeden świat, wiele marzeń). Tybetańscy olimpijczycy pokazali, że potrafią marzyć.
Bartek Dobroch, Tygodnik Powszechny
więcej informacji: www.olimpiada2008.info.pl












