Wyłamane zamki, podsłuchiwane telefony
Aktywistka grupy Studenci na rzecz Wolnego Tybetu z Kanady opisuje w jaki sposób, nawet w czasie trwania Igrzysk Olimpijskich, chińska bezpieka inwigiluje niepokornych.
Szymon Gebert: możesz się przedstawić, powiedzieć w kilku słowach o swojej organizacji i Twojej w
niej roli?
Maude Cote: mam 28 lat, z zawodu jestem prawniczką i od 10 lat członkinią grupy Studenci na rzecz Wolnego Tybetu. Naszym celem jest możliwie największe nagłośnienie dramatycznej sytuacji w Tybecie, a w ostatecznym rozrachunku sprawienie, że Tybet – jako wolny kraj – będzie miał chociażby prawo do startu w Igrzyskach Olimpijskich. Wielu z nas przyjechało teraz do Pekinu, aby mówić za tych, którym przyjazdu zabroniono, jak chociażby moja koleżanka, która wizę dostała, ale została zawrócona na lotnisku w Pekinie – straciła kilka tysięcy dolarów tylko dlatego, że jej ojciec jest z Tybetu.
W ostatnich dniach było o was bardzo głośno. Wczoraj przeprowadziliście protest na placu Tiananmen, dwa dni wcześniej przy stadionie olimpijskim Orle Gniazdo. Te protesty trwały kilka minut, potem chińska policja zatrzymywała aktywistów i deportowała ich z Chin.
Myślicie, że w ten sposób zmienicie politykę światowego mocarstwa jakim powoli ten kraj się staje?
Naszych akcji jest o wiele więcej, ale nie o wszystkich mogę mówić, zwłaszcza kiedy jesteśmy w Chinach. Naszym celem nie jest bezpośrednio wpłynięcie na chińskie władze, tylko zmuszenie społeczeństw i mediów Europy, Ameryki i innych kontynentów do działania. We wrześniu w walkach w Lhasie (stolica Tybetu – przyp. red.) zginęło od kilkuset do ponad tysiąca cywilów. Dalsze kilka tysięcy jest zaginionych. Mówi się, że nie ma domu rodzinnego, który nie straciłby chociaż jednego męskiego domownika – Chińczycy w nocy przyjeżdżali ciężarówkami i wyciągali ludzi z domów. Nie jakiś konkretnych – po prostu młodych mężczyzn; potencjalnych demonstrantów. Dokąd? Nie wiadomo.
To twój pierwszy pobyt w Chinach. Od jak dawna tu jesteś?
Pierwszy i zapewne ostatni. Nie spodziewam się dostać ponownie wizy. Przyleciałam 27 lipca do Pekinu, gdzie spędziłam dwa dni. Potem pojechałam do Tienzin na dwa dni, gdzie odkryłam, że jestem śledzona. Rano jadłam śniadanie w moim hostelu – byłam tylko ja i dwóch elegancko ubranych panów po czterdziestce, którzy obserwowali mnie w trakcie jedzenia. Przez następne dwa dni nie odstępowali mnie na krok, czasem pojawiali się jeszcze inni. Kiedy jechałam autobusem miejskim w Tienzin jeden z nich pokazał mi charakterystyczny gest (pokazuje ruch ręką wzłuż szyi – przyp. red.) ewidentnie chcąc mnie zastraszyć. Potem działy się dziwne rzeczy z moim telefonem, dlatego dwukrotnie zmieniłam kartę sim. Nie wiem, czy to pomogło – na wszelki wypadek usunęłam wszystkie kontakty, używam też innej skrzynki pocztowej niż zwykle. Oprócz moich rodziców nikt nie wie, że jestem w Chinach – dla bezpieczeństwa mojego i ich.
Czy wasza organizacja łamie prawo w Chinach? Jesteście na jakiejś czarnej liście?
Teoretycznie nie. Wielu z nas dostało nawet wizy – włącznie z moim kolegą, który już raz został wydalony z Chin za wywieszenie tybetańskiej flagi na Wielkim Murze. Z drugiej strony wiemy o liście nazwisk niechcianych osób, które wprawdzie zostały wpuszczone – ze względu na Igrzyska – ale są inwigilowane 24 godziny na dobę.*
Igrzyska Olimpijskie to święto sportu – w teorii – pozbawione polityki. Wiele osób i instytucji oskarża was o to, że nie szanujecie tego okresu i chcecie zepsuć atmosferę imprezy.
Nie chcemy niszczyć igrzysk, nie jesteśmy też antychińscy. Naszym celem jest wykorzystywanie uwagi mediów, a do Pekinu na czas Igrzysk przyjechało blisko 70 tysięcy dziennikarzy, do nagłośnienia tego, co dzieje się w Tybecie. Robimy to stosując protesty bez przemocy – takie jak ten wczoraj (pięciu aktywistów położyło się na placu Tiananmen owiniętych w flagi tybetańskie – przyp. red.).
W jaki sposób znalazłaś się w Studentach na rzecz Wolnego Tybetu?
Miałam 18 lat, właśnie kończyłam liceum, gdy odwiedził je Palden Ghatso – tybetański mnich, który był więziony w chińskim więzieniu przez 33 lata. Uciekł i przedostał się do Indii przez Himalaje – gdzie omal nie umarł z zimna i wyczerpania. Wziął ze sobą narzędzia tortur, które na nim stosowano – widziałam je. Pomyślałam, że mam dwie możliwości: nie zrobić nic, albo pomóc.
*Rozmowę przeprowadzono 9 sierpnia w Pekinie. Z miejsca a, gdzie się spotkaliśmy do miejsca b, gdzie rozmawialiśmy, odprowadził nas co najmniej jeden agent jadący przez pół godziny na skuterze po drugiej stronie ulicy w tym samym tempie, co my szliśmy. Pod miejscem przeprowadzenia rozmowy przez cały czas stał policyjny radiowóz.
źródło: wiadomosci.gazeta.pl












