Tybet po Olimpiadzie
Nicholas D. Kristof
Nicholas D. Kristof. Autor jest komentatorem The New York Times, komentarz ukazał się w wydaniu NYT z dnia 14 sierpnia 2008.
fot. nytimes.com
Puchar Chin się przepełnia. Olimpiada jest kamieniem milowym dla historii Chin, uświęcającym powrót Państwa Środka do międzynarodowej chwały po niemal dwóch wiekach letargu i poniżeń.
Jednak Olimpiada ma szansę okazać się dopiero drugim w kolejności najbardziej znaczącym tegorocznym wydarzeniem dla Chin.
Chińscy przywódcy i Tybetański Rząd na Uchodźstwie podjęli delikatny temat ewentualnego przyjazdu Dalajlamy do Chin, teoretycznie w celu uczczenia pamięci ofiar trzęsienia ziemi, które miało miejsce w prowincji Syczuan w maju. To byłoby pierwsze spotkanie Dalajlamy z przywódcami chińskimi od ponad pięćdziesięciu lat, i przyspieszyłoby proces rozwiązania kwestii Tybetu.
Pojawienie się możliwości wizyty można częściowo przypisać zeszłotygodniowej deklaracji Dalajlamy, który po raz pierwszy publicznie przyznał, że mógłby zaakceptować rządy Partii Komunistycznej w Tybecie. Wcześniej wydawało się, że Dalajlama żąda czegoś podobnego do modelu Hong Kongu „jedno państwo, dwa systemy”, a jego zgoda była odważnym znakiem świadczącym o pragnieniu dojścia do porozumienia z chińskim rządem.
„Dalajlama uczynił odważny krok z rodzaju tych, które wielcy przywódcy polityczni czynią w kluczowych punktach zwrotnych historii” powiedział Melvyn Goldstein, wybitny historyk współczesnego Tybetu i profesor na Case Western Reserve University. „Po ponad dwudziestu latach impasu, Dalajlama, narażając swoją pozycję w oczach Zachodu i Tybetańczyków na wychodźstwie, wysłał Pekinowi wyraźny sygnał, że jest gotów pójść na trudne kompromisy, które są konieczne do rozwiązania konfliktu.
„Po raz pierwszy od kilku dziesięcioleci, pojednanie staje się rzeczywiście możliwe” dodał profesor Goldstein.
Od tej pory, Dalajlama zbiera krytyki ze strony wielu Tybetańczyków, którzy uważają jego postawę za zbyt pojednawczą w stosunku do Chin. Prezydent Bush i inni przywódcy powinni pochwalić jego odwagę w uczynieniu takiego trudnego kroku na drodze do pojednania.
Teraz pytanie, czy Chiny wyciągną w odpowiedzi własną gałązką oliwną. Na konferencji prasowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych w środę, rzecznik prasowy Qin Gang ograniczył się do stwierdzenia „Nasze stanowisko i polityka w stosunku do kwestii Tybetu są jasne i stałe. Nie będziemy brać pod uwagę tylko tego, co Dalajlama powiedział, ale i to, co zrobił. Musimy zobaczyć konkretne działania.”
Nie można tego nazwać wylewnym przyjęciem deklaracji, jednak wypowiedź ta była lepsza niż kolejne automatyczne potępienie Dalajlamy. Wydaje mi się, że przedstawiciele rządu chińskiego czekają na instrukcje swoich przywódców.
Jeśli prezydent Hu Jintao i premier Wen Jiabao dadzą przychylną odpowiedź, a zwłaszcza jeśli będą chcieli doprowadzić do wizyty Dalajlamy w sześć miesięcy po trzęsieniu ziemi w prowincji Syczuan, wtedy może uda im się rozwiązać problem Tybetu, który ciągnął się za wszystkimi wcześniejszymi przywódcami Chin. Jako pierwszy krok, mogliby przejąć nadzór nad kwestią Tybetu od Departamentu Pracy Zjednoczonego Frontu, aby doszło do rozmów na wysokim szczeblu bezpośrednio między Dalajlamą a panem Hu czy panem Wen.
Niektórzy urzędnicy chińscy uważają, że najlepszą strategią w kwestii Tybetu jest czekać, aż Dalajlama umrze. Myślą, że bez przywódcy Tybetańczycy będą chętniej szli na ustępstwa – jednak jest to katastrofalny błąd w obliczeniach.
Wręcz przeciwnie, siedemdziesięciotrzyletni Dalajlama powstrzymuje Tybetańczyków, ponadto zna trochę chiński i ma korzenie w Chinach, których nie mają młodsi tybetańscy uchodźcy. Kiedy odejdzie, bardziej radykalne grupy – w tym Tybetański Kongres Młodych – zdobędą większy wpływ i bardzo możliwe, że wielu sfrustrowanych Tybetańczyków, którzy zostaną bez przywódcy, ucieknie się do przemocy.
W tym roku prezydent Hu podjął śmiałe działania dyplomatyczne, aby zmniejszyć napięcie pomiędzy Chinami i Japonią oraz Tajwanem. Gotowość Chin do wysondowania stanowiska Dalajlamy w kwestii wizyty mającej uczcić pamięć ofiar trzęsienia ziemi daje nadzieję na podobne gesty skierowane do Tybetańczyków. Stany Zjednoczone nie mogą w tym wiele pomóc – problem musi zostać rozwiązany przez Dalajlamę i chińskich przywódców – jednak możemy zrobić więcej by wspierać proces i popchnąć go na wyższy poziom.
Zachodni przywódcy, w tym prezydent Bush, w kwestii Tybetu raczej praktykowali politykę symbolicznych gestów – aranżując zdjęcia z Dalajlamą, wnosząc protesty lub wołając o rozmowy między Chinami a Tybetem, o których wiadomo, że prowadzą donikąd. Potrzebujemy mniej symbolicznych gestów, a więcej ciężkiej dyplomatycznej pracy mającej na celu praktyczne rozwiązanie problemu Tybetu.
Prezydent Hu i premier Wen demonstrują dobrą wolę przez organizację Olimpiady, do tej pory uważanej za tryumf Chin. Mogą również sprowadzić Dalajlamę do Chin w listopadzie i opracować porozumienie, które przesądzi o przyszłości Tybetu, co byłoby jeszcze większym monumentalnym dokonaniem.
To wszystko leży w ich rękach.
źródło: tibet.net












